Drukuj
2022
NR 1

Okładanie się hejtami
Kwintesencją demokracji
Czyżby miłość już za nami
Siłą dochodzimy racji

 

Moja koleżanka, choć z walką o polskość miała do czynienia od kołyski i sama narażała się kilkukrotnie w czasach słusznie minionych, niedawno powiedziała mi, że przestała już interesować się polityką. Wszystkie partie są skłócone, trudno zrozumieć, o co im chodzi i jaką mają wizję dla Polski. Tak się w tym wszystkim pogubiła i zmęczyła, że przestała słuchać jakichkolwiek ... 

 

wiadomości. A ponieważ nie jest jedyną osobą, która tak mówi, postanowiłem bliżej przyjrzeć się temu problemowi.

Obserwując w telewizji dyskusje polityczne prowadzone przez redaktora Adriana Klarenbacha, podziwiałem jego przygotowanie merytoryczne. Dopytując o szczegóły padających frazesów, odkłamywał wszystkie nieprawdziwe informacje. Nie można tego powiedzieć o występujących w programie politykach. Większość z nich, powołując się na Konstytucję, nie potrafiła podać numeru odpowiedniego artykułu, ani jego treści. O znajomości innych uchwał Sejmu lepiej nie wspominać. Niestety to oni pracowali przy tworzeniu przepisów prawnych, które w wielu przypadkach okazały się być nieprecyzyjne. Jeden wyraz, lub przecinek może całkowicie zmienić sens, co udowodniła afera Rywina.

Do dziś niewiele się zmieniło. Często dyskusje polityczne przypominają bazarową, mało kulturalną pyskówkę, a uczestników nie interesuje podawanie prawdy. Oczywiście totalni kłamią totalniej, a stwierdzenia, na które się powołują: „wszyscy to wiedzą”, lub „cały świat się z nas śmieje” nie są argumentami uzasadniającymi ich działania.

Pierwsza pyskówka, która przychodzi mi do głowy, dotyczyła bezrobocia. Przed pandemią główna opozycja głośno krzyczała, że brakuje pracowników. Partie narodowe podnosiły raban, że Polskę zalewa fala Ukraińców, a nawet Hindusów i Wietnamczyków. Europarlamentarni chcieli przyjmować tylko migrantów z Azji Mniejszej i Afryki, czyli pochodzący z kolonii państw starej Unii. Dla nich uciekinierzy wojenni z 2014 r. z rejonu Donbasu i Ugańska nie byli migrantami. Partie lewicowe, uważały, że można obniżyć wskaźnik bezrobocia, wypłacając dodatek 500+ tylko kobietom pracującym.

Kiedy wybuchła pandemia i wiele zakładów wstrzymało pracę, podniesiono wówczas larum, że rozpoczęło się straszne bezrobocie. W kampanii prezydenckiej kandydaci przerzucali się liczbami bez pokrycia, a Sąd w trybie wyborczym stwierdził, że takie oświadczenia można składać. Podchwytywały to media, dla których każda zła wiadomość, to dobra wiadomość. Zaprzeczała temu propaganda rządowej telewizji. Logika nie jest tym, czego można oczekiwać od polityków, dlatego nikt nie porównywał ilości osób zwolnionych z ilością wakatów. Choć w tym okresie wiele firm upadło,  w niektórych branżach nastąpił dynamiczny rozwój. Gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na pracowników w sektorze transportowym czy budowlanym. Ja w tym czasie miałem ogromny problem ze znalezieniem rzemieślnika, który dostosuje łazienkę dla potrzeb mojej niepełnosprawnej mamy. Wszyscy obłożeni byli zamówieniami na najbliższe pół roku. Rozwinęła się również sprzedaż i usługi internetowe, dzięki temu znaczna ilość bezrobotnych znalazła zatrudnienie.

Dla mnie najbardziej szkodliwą dla naszego kraju jest walka polityczna między partiami, oparta na pomówieniach i domniemaniach, krzywdzących niewinnych ludzi, dla osiągnięcia doraźnych korzyści. Przykładem może być nagonka na ministra Romualda Szeremietiewa, Sekretarza Stanu I-go Zastępcy Ministra Obrony Narodowej w rządzie Jerzego Buzka od listopada 1997 r. Zajmował się modernizacją sił zbrojnych oraz zakupami uzbrojenia i sprzętu wojskowego (opracował m. in. program utworzenia sił Obrony Terytorialnej). Został zawieszony, a następnie odwołany z tej funkcji na skutek publikacji Anny Marszałek i Bertolda Kittela w „Rzeczpospolitej”, zarzucającej mu korupcję. Proces w tej sprawie rozpoczął się dopiero w 2005 r. W 2008 r. sąd I instancji uniewinnił go od głównych zarzutów: korupcji oraz zarzutu przekroczenia uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego, a w 2010 r. został także uniewinniony od zarzutu bezprawnego ujawnienia tajemnicy państwowej. Dziennikarzom ani gazecie za bezpodstawne oskarżenie "włos z głowy nie spadł".

Niezwłocznie po jego odejściu (zapewne przez przypadek), zakupiono w Niemczech uzbrojenie dla Polskiej Armii, na które nie chciał się zgodzić, m. in. kwestionowaną przez niego wersję Tygrysów z amunicją nieprzebijającą pancerza ciężkich, rosyjskich czołgów. Tworzenie systemu obrony terytorialnej rozpoczął dopiero 30 grudnia 2015 r. Antoni Macierewicz.

Podobny mechanizm powtórzono na początku pandemii cowidowej, która zbiegła się w czasie z wyborami prezydenckimi. Wylała się fala hejtów na ówczesnego Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego, po panicznym zakupie maseczek i respiratorów w Chinach (jedynego wówczas producenta). Najpierw zarzucono mu korupcję, potem podejmowane złych decyzji mających zahamować rozprzestrzenianie się choroby (m. in. noszenia maseczek) i budowania szpitali cowidowcych. Po solidnym obrzuceniu go błotem w telewizji i Internecie, zgłoszono wniosek o odwołanie ze stanowiska ministra. Rząd przed wyborami powołał innego ministra, ale ludzie przestali się orientować, jakich zasad należy przestrzegać w obliczu narastającej pandemii. Przestali zakładać maski w zamkniętych pomieszczeniach i przestrzegać zakazu gromadzenia się. Zaowocowało to natychmiastowym wzrostem ilości zarażonych. Na szczęście przyszło lato i wirus odpuścił.

Dużą rolę w kształtowaniu opinii społecznej odgrywają media. Mogliśmy to zauważyć, obserwując wybory prezydenckie w USA. Barack Obama wybierając nową formę kampanii internetowej wygrał wybory prezydenckie, głównie dzięki aktywności w sieci.

Również w Polsce Internet zaczął odgrywać coraz większą rolę. Ma tę zaletę, że każdy może wpisać to, co mu w duszy gra. Niestety, równocześnie pojawili się internetowi trolle, hejtujący zarówno dla przyjemności, jak i zawodowi, opłacani przez polityków lub obce służby. Dla rozkręcenia nagonki na kogoś, nie trzeba już artykułu, reportażu w prasie, czy telewizji, gdzie można szybko ustalić autora. W Internecie wystarczy zgrany zespół trollujący, aby w sposób skoordynowany zniszczyć czyjąś reputację. Polskie partie polityczne niestety wykorzystują dobrodziejstwo Internetu głównie do walki wyborczej, siania wrogiej propagandy, szerzenia agresji i nienawiści w stosunku do konkurentów.

Jedną z bardziej spektakularnych afer ostatnich lat było śledztwo w sprawie „mafii gdańskiej”, jak  nazywali ten układ fejsbukowicze. Przed wyborami samorządowymi było tak zaawansowane, że aktualnego prezydenta Pawła Adamowicza wyparło się nawet PO. Wystawiło innego kandydata – syna Lecha Wałęsy. Przypadkowa, tragiczna śmierć prezydenta Gdańska zabitego na oczach tłumu przez chorego psychicznie człowieka zmieniła bieg wydarzeń. Natychmiast ukazała się seria artykułów, potępiająca nienawiść, potem druga, bardziej dosadna, mówiąca o tym, że nienawiść należy nienawidzić. Politycy i media szybko doszli do wniosku, że za nienawiść należy nienawidzić konkretne osoby. Oczywiście natychmiast ustalono, że są nimi przeciwnicy polityczni. Spirala nienawiści nakręcała się bardzo szybko i przyniosła zaplanowany efekt. O „mafii gdańskiej” przestano mówić. Prokuratura i służby śledcze nabrały "wody w usta", a osoby podejrzane okrzepły jeszcze bardziej, awansując w hierarchii krajowej i europejskiej.

Wszystkie partie opozycyjne posługują się hejtem w stosunku do partii rządzącej, nie licząc się z kosztami społecznymi. Ofiarą została również sędzia Barbara Piwnik. Odwołano ją ze stanowiska Ministra Sprawiedliwości w gabinecie Leszka Millera, z powodu afery wyciągniętej przez PiS. Uczestnicząc w publicznym balu, nieświadoma, że została poproszona do tańca przez szefa gangu, została sfotografowana i ośmieszona medialnie. Był hejt, była dymisja.

Obserwując coraz większą polaryzację społeczną i wzrost agresji spowodowanej podziałami politycznymi, zastanawiam się nad przebiegiem następnych wyborów. W ostatnich limit agresji przekroczono z naddatkiem.

Bardzo zapadła mi w pamięć historia, która wydarzyła się na ulicy. Kobieta ostro okładała mężczyznę torebką, głośno krzycząc „nie będziesz mnie bił”. Biedak bał się nawet skutecznie zasłaniać, żeby przypadkiem jej nie uderzyć, aby uniknąć pobicia przez gapiów. Jak widać, oprócz „damskich bokserów” istnieją również „męskie torebkarki”.

Niestety mentalność polityków i stosowane przez nich metody są często przeniesione żywcem z podwórkowych awantur.

                                                                                                                                                                                                                               Jerzy Dauksza