Okładanie się hejtami
Kwintesencją demokracji
Czyżby miłość już za nami
Siłą dochodzimy racji

 

Moja koleżanka, która z potrzebą walczenia o polskość miała do czynienia od kołyski, a w słusznie minionych czasach sama narażała się kilkakrotnie, niedawno powiedziała mi, że przestała interesować się polityką. Wszyscy wciąż się kłócą, już nie wiadomo o co chodzi i co chcieliby robić. Tak się w tym wszystkim pogubiła, że przestała słuchać ...

 

jakichkolwiek wiadomości. A ponieważ nie jest jedyną osobą, która tak mówi,postanowiłem bliżej przyjrzeć się temu problemowi.

Czasami słucham dyskusji w TVP prowadzonej przez redaktora Adriana Klarenbacha i podziwiam jego przygotowanie. Odkłamuje wszystkie nieprawdziwe wiadomości i dopytuje o uszczegółowienie padających frazesów. Nie można tego powiedzieć o występujących w programie politykach. Jak pamiętam z afery Rywina, przepisy muszą być bardzo precyzyjne, gdyż ich sens może zmienić jeden wyraz, lub przecinek. A większość występujących w telewizji na żywo specjalistów od tworzenia prawa, nawet kiedy powoływali się na Konstytucję, nie potrafili podać numeru odpowiedniego artykułu. A kiedy znali numer, nie znali jego treści. O innych uchwałach Sejmu lepiej nie wspominać. Zwykła bazarowa i „mało kulturalna” (mówiąc eufemistycznie) pyskówka, której uczestników nie interesuje podawanie prawdy. Oczywiście totalni kłamią totalniej, a argumentami na które się powołują, jest to, że „wszyscy to wiedzą”, lub że „cały świat się z nas śmieje.”

Pierwsza pyskówka, która przychodzi mi do głowy, to bezrobocie. Przed epidemią opozycja głośno krzyczała, że brakuje pracowników. Ci z prawej podnosili raban, że rząd sprowadza nie tylko Ukraińców, ale nawet Hindusów i Wietnamczyków, ci z lewej, że 500+ powinno być wypłacane tylko kobietom, które chodzą do pracy, a europarlamentarni, że musimy przyjmować tylko migrantów z Azji Mniejszej i Afryki. Dla nich strefa wojny na wschodzie się nie liczy i uciekinierzy z Donbasu nie są migrantami. Za to uchodźcy z ISIS, Konga, Bangladeszu i okolic (czyli pochodzący z kolonii państw starej Unii), wędrujący przez Turcję lub Liban już tak.

Teraz, kiedy wybuchła pandemia i wiele zakładów wstrzymało pracę, podniesiono larum, że rozpoczęło się straszne bezrobocie. Kandydat Trzaskowski w kampanii na prezydenta twierdził autorytatywnie (wbrew wszystkim danym), że istnieje milion bezrobotnych, a Sąd w trybie wyborczym stwierdził, że takie oświadczenia można składać. Logika nie jest tym, czego można oczekiwać od polityków. Prawda też nikogo nie obchodzi. Dla mediów każda zła wiadomość, to dobra wiadomość, więc nagłaśniają tylko to, co złe. Przecież nie są polskie. Od Niemców odkupili je amerykańscy Żydzi i Bóg wie kto jeszcze. Wszyscy chcą się na coś załapać, i nie jest to prawda. A ja dwa tygodnie szukałem rzemieślnika, który zrobi remont łazienki! Wszyscy obłożeni zamówieniami do grudnia.

Dla mnie najbardziej szkodliwą dla naszego kraju była nagonka na ministra Romualda Szeremietiewa. W listopadzie 1997 r. został mianowany na stanowisko Sekretarza Stanu I-go Zastępcy Ministra Obrony Narodowej w rządzie Jerzego Buzka. Zajmował się modernizacją sił zbrojnych oraz zakupami uzbrojenia i sprzętu wojskowego (opracował m. in.  program utworzenia sił Obrony Terytorialnej). Został zawieszony, a następnie odwołany z tej funkcji na skutek publikacji Anny Marszałek i Bertolda Kittela w „Rzeczpospolitej”, zarzucającej mu korupcję. Proces w tej sprawie rozpoczął się dopiero w 2005 r. W 2008 r. sąd I instancji uniewinnił go od głównych zarzutów: korupcji oraz zarzutu przekroczenia uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego, a w 2010 r. został także uniewinniony od zarzutu bezprawnego ujawnienia tajemnicy państwowej. Dziennikarzom ani gazecie za bezpodstawne oskarżenie włos z głowy nie spadł.

Zapewne przez przypadek, niezwłocznie po jego odejściu, zakupiono w Niemczech uzbrojenie Polskiej Armii, na które nie chciał się zgodzić, w tym kwestionowana przez niego wersja Tygrysów z amunicją na wiwat. A tworzenie systemu obrony terytorialnej rozpoczął dopiero 30 grudnia 2015 r. Antoni Macierewicz.

W USA Prezydenta wybiera się w wyborach złożonych, ale media odgrywały w nich decydującą rolę, regularnie unowocześniając swój przekaz. Barack Obama wygrał w dużej mierze dzięki aktywności w Internecie.

W Polsce również Internet odgrywa coraz większą rolę. Ma tę zaletę, że każdy może wpisać to, co mu w duszy gra. Ale przy takiej ilości wpisów pojawili się trolle, zarówno hejtujący dla przyjemności, jak i zawodowi, opłacani przez polityków lub obce służby. Dla rozkręcenia nagonki na kogoś nie trzeba już artykułu, albo reportażu w prasie, czy telewizji, gdzie można szybko ustalić autora. W Internecie wystarczy zgrany zespół, trollujący w sposób skoordynowany. Naszym wynalazkiem było za to przeniesienie hejtowania w drugą stronę, z mediów i Internetu do Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i TSUE.

Najgłośniejszą, na razie, była chyba przypadkowa śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Przypomnę, że śledztwo w sprawie „mafii gdańskiej”, jak ten układ nazywali fejsbukowicze, przed wyborami samorządowymi było tak zaawansowane, że aktualnego prezydenta wyparło się nawet PO. Wystawiło innego kandydata – syna Lecha Wałęsy.

Zabicie go przez człowieka chorego psychicznie, było prawdziwym nieszczęściem, chociaż takie rzeczy zdarzały się na świecie. Że wspomnę najsłynniejszą chyba ofiarę takiego morderstwa - Johna Lennona, lidera The Beatles.

Ale wracając do Gdańska. Natychmiast po śmierci Prezydenta ukazała się seria artykułów, potępiająca nienawiść. Potem przyszła druga, bardziej dosadna fala, mówiąca o tym, że nienawiść należy nienawidzić. Szybko politycy i media doszli jednak do wniosku, że za nienawiść należy nienawidzić konkretne osoby. Oczywiście natychmiast ustalono, że tymi osobami są przeciwnicy polityczni. Spirala przemocy nakręcała się bardzo szybko i przyniosła zaplanowany efekt. O „mafii gdańskiej” przestano mówić. Prokuratura i służby śledcze nabrały wody w usta, a osoby podejrzane przez media okrzepły jeszcze bardziej, awansując w hierarchii krajowej i europejskiej.

Kiedyś kolega opowiadał mi, jak na ulicy kobieta ostro okładała mężczyznę torebką, krzycząc głośno „nie będziesz mnie bił”. Biedak bał się nawet skutecznie zasłaniać, aby kobiety przypadkiem nie uderzyć, bo by go gapie nie zlinczowali. Jak widać, oprócz „damskich bokserów” istnieją również „męskie torebkarki”.

Przypomniała mi się ta historia, gdyż dokładnie tak samo postępują politycy i służby, przygotowujące im programy. Obrzucają przeciwników agresywnymi hejtami, uzasadniając to w głośnym lamencie, że to ta druga strona ich nienawidzi, bez przerwy ich atakuje i obraża. Włączają w to natychmiast zaprzyjaźnione media i zawodowych trolli.

Ostatnio, przed wyborami prezydenckimi, przeszła taka fala hejów poprzedzająca wniosek o odwołanie Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego, który skutecznie walczył z pandemią i zyskał dużą sympatię w społeczeństwie. Ale po solidnym obrzuceniu go w telewizji i Internecie błotem, zaczął występować wiceminister, a ludzie przestali zakładać maski w zamkniętych pomieszczeniach i przestrzegać zakazu gromadzenia się. Zaowocowało to natychmiastowym wzrostem ilości zarażonych. Na szczęście przyszło lato i wirus nieco odpuścił. Można wracać do pracy i wyjeżdżać na urlop, chociaż z dużymi obostrzeniami. Wygląda niestety, że nie na długo.

Nie tylko PO posługiwało się hejtem, choć totalna opozycja robi to totalnie, czyli bez przerwy i nie licząc się z kosztami społecznymi. Dla równowagi (raczej nierównowagi) przypomnę, że sędzia Barbara Piwnik, Minister Sprawiedliwości w gabinecie Leszka Milera została odwołana, ponieważ kiedyś na publicznym balu została poproszona do tańca przez szefa gangu, którego nie znała. Jednak mafiozo zrobił sobie z nią pamiątkowe zdjęcie. PiS to rozdmuchał, był hejt, była dymisja.

Oczywiście dominuje opozycja, która ma więcej do atakowania. A co może atakować partia rządząca? Tylko zaległe przewiny, gdyż jedyną rzeczą, jaką robią konkurencji, to regularne zgłaszanie wniosków w Sejmie o odwoływanie kolejnych ministrów. Ale nie tylko te dwie wielkie partie atakują się bezpardonowo. Lewicowi anarchiści z LGBT przeprowadzają regularne i brutalne ataki na podstawowe zasady naszej cywilizacji i prawa przyrody, głośno krzycząc, że muszą być agresywni, ponieważ wszyscy ich obrażają.  A z drugiej strony dążąca do anarchizacji Konfederacja ze swoim naczelnym hasłem „PiS PO jedno zło” stara się zmieść wszystko, co obecnie istnieje, chociaż trzeba przyznać najmniej agresywnie.

Obserwując kraje mające lepiej rozwinięte socjalmedia, co oni nazywają demokracją, możemy się obawiać dalszego nasilania się ataków. W USA wyraźnie ujawniła się kolejność zdarzeń: najpierw hejty, potem fake newsy, np. po dojściu Donalda Trumpa do władzy lewactwo ruszyło z hejtami, na skalę odpowiednią do rozmiarów państwa. Trolle i lamerzy zalali social media lawiną fake newsów. Następnie przyszły uliczne zadymy, które wyrwały się spod kontroli. Antifa, po osiemdziesięciu latach, znów wyszła w pole ze swoją ideologią i swoimi bojówkami. Ruch najpierw odżył w rodzinnych Niemczech, gdzie ostatnio stanęły pomniki Marksa i Lenina, ale przyjazny grunt znalazł w USA. Został jednak zatrzymany, zanim odpowiedziała mu prawica nacjonalistycznymi bojówkami, jak stało się w międzywojennych Niemczech z NSDAP.

Polacy, chociaż kiedy trzeba potrafią walczyć bardzo skutecznie, są spokojnym, przyjaznym narodem. Nie udało się Stasi wyprowadzić nas na ulice ani w obronie KOR-u, ani sędziów powołanych przez naszego okupanta. Boję się jednak, co będzie, kiedy za trzy lata nadejdą następne wybory. W obecnych limit agresji przekroczono z naddatkiem. Czy Stasi i u nas uruchomi bojówki Antify, a ONR im się przeciwstawi. Poseł Sławomir Nitras dla potrzeb telewizji już pokazał skuteczność przemocy, zatrzymując siłą posła, sekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Kaletę, który przyszedł na konferencję prasową kandydata Trzaskowskiego do oczyszczalni Czajka. Oczywiście poseł Nitras, jak twierdził, ratował posła Kaletę przed skoczeniem do zbiornika retencyjnego.

Trzeba też pamiętać o ustawie 1066 z dnia 7 lutego 2014 r. o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych  operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium  Rzeczypospolitej Polskiej. Jeżeli dojdzie do zajmowania jakichś obszarów przez Antifę (jak ma to miejsce w USA), lub walk z ONR-owcami (co zdarzało się na paradach LGBT) ,to będą „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami, klęskami żywiołowymi oraz poważnymi wypadkami, w celu ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz zapobiegania przestępczości – prowadzone przez funkcjonariuszy lub pracowników Policji, Straży Granicznej lub Biura Ochrony Rządu” z zaprzyjaźnionego państwa. Wystarczy stracić czujność, a jakiś Komendant Główny Policji, Komendant Główny Straży Granicznej, Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej, minister właściwy do spraw wewnętrznych, albo ktoś, kto dojdzie do wniosku, że jego urząd jest „najważniejszy w państwie” będzie mógł ich wezwać na pomoc dobrze wyposażonych funkcjonariuszy sąsiada. A najbliższy nam jest bardzo zainteresowany wprowadzaniem w Polsce niemieckiej demokracji.

Męskie torebkarki głośne krzyczące, że biją innych, aby się pogodzić, bo ci inni są agresywni i biją naszych, są kwintesencją hejtowej demokracji.