Pomimo wielkiego znoju
Wyrzeczeń i ciężkiej pracy
Powraca czas niepokoju
Z domu wyszli już rodacy

 

Homo sapiens powstał jako gatunek społeczny. Ludzie pierwotni musieli współpracować ze sobą w czasie polowań, zwłaszcza na grubego zwierza. Zawsze ktoś obdarzony charyzmą i doświadczeniem prowadził obławę i końcowy atak. W dużej grupie nawet mamuta nie dało się podzielić „po równo”. Każda rodzina miała inne zasługi i różne potrzeby, a od współpracy wszystkich zależało przetrwanie wspólnoty. Musiało więc wytworzyć się poczucie sprawiedliwości, aby podział został zaakceptowany przez wszystkich członków grupy.

 

 

Dalszy rozwój ludzkości powodował tworzenie się coraz większych wspólnot i ich coraz mniejszą mobilność. Przyczynił się do tego połączenie rozwijającego się rolnictwa i rzemiosła z handlem. Mała grupka przemieszczała towary, podczas gdy pozostali w miejscu zamieszkania produkowali i przetwarzali żywność i inne przedmioty potrzebne rozwijającym się cywilizacjom.

Posiadanie majątku prowokowało napady, a te tworzenie systemów obrony. Najstarsi synowie przejmowali gospodarstwa, a młodsi szkolili się w walce, tworząc coraz sprawniejsze oddziały mobilne. Oddziały te potrzebowały stałego źródła dochodu, aby mogły skupić się wyłącznie na szkoleniu wojskowemu. Wykorzystały więc swoją przewagę zbrojną do opodatkowania pozostałych. Dzięki osiągniętej sprawności grupy zbrojnych mogły nie tylko bronić swoich terenów, ale również bogacić się napadając i rabując swoich sąsiadów.

Szybo okazało się, że bardziej opłacalne jest anektowanie terenów przygranicznych od jednorazowych grabieży. Stały podatek i napływ rekruta z nowych terenów był korzystniejszy na dłuższą metę. Ale nadzór nad dużym terenem wymagał rozwoju administracji i spisania zasad, gwarantujących efektywność finansową i militarną oraz zapobieganie korupcji rodzącej konkurencję.

Tak powstało prawo. Początkowo oparło się na sprawiedliwości, czasami nawet ją łagodząc. Kodeks Hammurabiego − babiloński zbiór praw spisany w XVIII w. p.n.e. dziś wydaje się nam okrutny. Ale jeżeli przypomnimy sobie filmy i książki o wciąż istniejącej sycylijskiej mafii, gdzie przekazywana z pokolenia na pokolenie zemsta obejmuje całe rodziny i pociąga za sobą dziesiątki ofiar, to zasada oko za oko wyda się bardziej łagodna.

Chociaż początki prawa sięgają poczucia sprawiedliwości, to z założenia ma z nią niewiele wspólnego. Jest to instrument narzucony społeczeństwu przez rządzących, oscylujący w zależności od wpływu społeczeństwa na rządzących: od sprawiedliwości do dyktatury. Np. kiedyś przybijał statek do nieznanej Europejczykom wyspy, wysiadał Anglik, który oświadczał, że zajmuje tę wyspę dla swojego króla. I było po wszystkim.

Polacy znają ten problem nawet z ostatniej, kilkudziesięcioletniej historii. Hitlerowcy mordowali i grabili zgodnie z ustanowionym przez nich prawem, a kiedy zostali przepędzeni przez komunistów, zmniejszyła się tylko skala zbrodni zgodnych z kodeksem kolejnego okupanta.

Historia, kołem się toczy, od jednej skrajności do drugiej. Ludzie tworzyli zasady sprawiedliwości, a ich przywódcy kodeksy prawne, ograniczające coraz bardziej prawa społeczeństwa, aby elicie żyło się bogaciej. Wykorzystywali dostępną na każdym etapie historii propagandę i rzucając mieszkańcom ochłapy przekonywali, że dobrobyt elity jest konieczny dla ich szczęścia. Wykorzystywali też aparat przemocy eliminujący niezadowolonych. W miarę rozwoju mediów malała tylko przemoc bezpośrednia, skutecznie zastępowana przez narastającą nachalność propagandy. Np. dziś dobry bilbord i dostęp do mediów skutecznie zastępuje dawne ZOMO.

Co jakiś czas kończyła się każda cierpliwość społeczna, wybuchała rewolucja i krwawo rozprawiała się nie tylko z przywódcami, ale przede wszystkim z obowiązującym prawem i pilnującymi go sędziami. I proces rozpoczynał się od nowa, społeczeństwo sprawiedliwie wybierało swoje władze, a te tworzyły swoje prawo.

Polska, najsilniejszy z krajów Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ma duże doświadczenie w zatrzymywaniu napływających do Europy systemów totalitarnych, za co zapłaciło życiem wielu naszych przodków. Zapewne dzięki temu, wbrew nawoływaniom miłośników krwawych masakr, udało się nam bezkrwawo obalić komunizm. W czasie narastania kolejnego kryzysu, PZPR z niewielkim żalem oddało władzę, gdyż kasa państwowa była pusta, a część działaczy przejęła niektóre państwowe zakłady. Mieli też kontakty z „dyrekcjami” przedsiębiorstw w ZSRR. Chociaż wielu zbankrutowało, to powstały też wielkie, jak na nasz kraj, fortuny.

Działacze Solidarności po dojściu do władzy też próbowali przejmować zakłady państwowe, ale bez kontaktów handlowych skończyło się głównie na ich taniej wyprzedaży. Duże pieniądze napłynęły do Polski dopiero w poprzedniej kadencji władz krajowych i regionalnych.

Demokracja przyszła do nas „od góry” z zachodnich państw monetarystycznych i schodziła na dół bardzo powoli. Posłowie, jak wspominał prezydent Komorowski w czasie wizyty w Łodzi, nie mogli zrozumieć, dlaczego w Urzędach Marszałkowskich, a nawet w Gminach ludzie mieliby podejmować decyzje, skoro Polacy ich wybrali do podejmowania decyzji.

Powoli jednak przekazywali coraz więcej decyzji i środków na ich realizację do niższych szczebli administracji. Rozpędzili się tak bardzo, że nakazali nawet demokrację w strukturach na szczeblu wojewódzkim i gminnym. Ustawa wymuszała tworzenie organów konsultacyjnych, czyli komitetów składających się z przedstawicieli różnych grup społecznych i urzędników: Rady Organizacji Pozarządowych, Komitety Monitorujące, KDO, Rady Seniorów, Młodzieży, Osiedlowe itp. Wójtowie, Prezydenci, Marszałkowie masowo powoływali swoich pełnomocników ds. różnych.

Kto ma pieniądze, ten ma władzę, kto ma władzę ten ma pieniądze. Ta zasada nie musi, ale może działać w obie strony. Kiedy elity zorientowały się, jak olbrzymie unijne pieniądze można przekazywać swoim, natychmiast zapomniały o demokracji i o korzystaniu z konsultacji społecznych. Partie parlamentarne rozpoczęły bezpardonową walkę o unijne środki

Partia rządząca po wyeliminowaniu wewnętrznej konkurencji, zwłaszcza ludzi mających jeszcze skrupuły, zaczęła się stopniowo przekształcać w oligarchię, która sama decyduje, kto wygra konkursy inwestycyjne. Ważne było, aby realizować tylko wielkie inwestycje (łatwiej się „organizuje” i rozlicza się jedną dużą, niż kilka małych) i kiepsko kontrolowane. Nikt już nie miał głowy do dialogu ze społeczeństwem i pytania, czy ta inwestycja i w takiej formie jest rzeczywiście potrzebna? Z decyzji trzeba było tłumaczyć się tylko przed Zarządem Krajowym.

Taki system doprowadził do serii korupcji, na skalę niespotykaną w historii Polski. Największe to inwestycje rządowe lub bezpośrednio podległe rządowi, np. niemal cała informatyzacja rządu PO.

Jedna z partii opozycyjnych starała się pogodzić prawo ze sprawiedliwością. Wykorzystując prawo tak jak wszyscy wyłącznie przedmiotowo, sprawiedliwie wszystkich nienawidzi.

Młodsi politycy, mający mniejsze dojścia i mniej skrupułów, też starali się wycisnąć coś dla siebie, naśladując przedmiotowe traktowanie prawa przez tuzów. Brali co tylko w ręce wpadło.

W małych gminach, w których wszyscy się znają ruchów oddolnych już nie dało się zatrzymać. Ostatnie wybory wykazały, że ludzie głosują na swoich faworytów bez względu na przynależność partyjną.

Mieszkańcy dużych miast też dostali pewne uprawnienia. Mogą decydować o Budżecie Obywatelskim stanowiącym do 1% budżetu miejskiego. Przeznaczają je gównie na remonty szkół, przedszkoli, chodników, które i tak wykonałyby władze miasta. Ruch społeczny powodował tylko, że w nawale potrzeb ich inicjatywy zostają wcześniej realizowane.

Te niewielkie środki spowodowały, że mieszkańcy zaczęli ze sobą rozmawiać i poczuli się gospodarzami swojej najbliższej okolicy. Jeszcze są zagubieni w zetknięciu z administracją i czują się bezsilni, ale już zaczęli przyglądać się władzy i metodom jej działania. Na razie to jeszcze za mało, na spojrzenie całościowe na budżet miasta. Nadal głosują na partie, a o wyborze wciąż decydują środki przeznaczone na media i bilbordy.

Prawdziwy przełom nastąpił przy wyborach. Nie tylko były one przeprowadzone mało sprawnie, ale odczucie ludzi i sondaże w wielu wypadkach były dalekie od wyników. Wyborcy poczuli się oszukani.

Niezadowolenie podchwyciły partie, który przegrały wybory i wyprowadziły tłumy na ulicę. Chciały coś wytargować dla siebie, choćby karne (choć bezprawne) skrócenie kadencji. O niedemokratycznej ordynacji wyborczej nikt się nawet nie zająknął, bo biłoby to we wszystkich, zarówno rządzących, jak i opozycję. Wypowiadała się tylko elita sądownicza, ferująca wyroki przed rozpatrzeniem sprawy. Przecież inna ekipa rządząca mogłaby ukrócić nieudolność polskiego sądownictwa.

Niedawno widziałem na Facebooku filmik, na którym dwa pieski obszczekiwały się przez maleńki kawałek płotka. Przypomniała mi się scenka, jaką widziałem w Parku na Zdrowiu, kiedy Lunapark dopiero powstawał. Szliśmy alejką ze znajomymi i ich cocker spanielem. Nagle z drugiej strony siatki nadbiegł podobnej wielkości pies dozorcy. Oba rzuciły się na siebie z zębami i agresywnie oszczekując posuwały wzdłuż siatki. W zapale nie zauważyły, że siatka się skończyła. Nagle stanęły, zupełnie znieruchomiały, a potem oba na sztywnych łapach zaczęły się przesuwać z powrotem. Kiedy znalazły się jakieś pół metra za siatką, znów z całą agresją rzuciły się na siebie. Było to bardzo polityczne rozwiązanie i dlatego natychmiast skojarzyło mi się z obecną sceną polityczną.

A jak demokratyczna jest nasza ordynacja?

  1. Nierówność prawa przy losowaniu list – najpierw losuje się Komitety Krajowe (partyjne), a potem w województwach dolosowuje regionalne i pospólstwo jest zawsze na końcu. Aby losowanie było sprawiedliwe i nie było bałaganu, wystarczyłoby np. losować listy oddzielnie np. partyjne 1, 2, 3, a regionalne A, B, C, D i w drugim losowaniu wybrać, która z list będzie pierwsza na karcie na karcie do głosowania. Nierówność tę szczególnie wyraźnie widać przy głosowaniu na książeczki. Na karcie (płachcie) wszystkich widać po jej otworzeniu, a książeczkę trzeba wertować do końca.
  2. Tworzenie książeczek wyborczych uchwalono dopiero po losowaniu, gdy wiadomo było, kto jest pierwszy.
  3. Prawnicy zawłaszczyli sobie język polski. Jeżeli są słowa, które w żargonie prawniczym znaczą co innego, niż w języku literackim, którego uczy szkoła, to obowiązuje żargon prawniczy. Np. definicja karty wszystkim kojarzy się z kartką. Instruktarzowy spot wyborczy PKW wyraźnie mówił o skreślaniu jednej osoby na każdej karcie i nie wspominał o jednej książeczce. Wiele starszych osób było tym zaskoczone.
  4. Na każdej kartce książeczki była podwójna i mało czytelna numeracja: nr strony i nr Komisji.

W naszym prawie mało demokratycznie wygląda też kupowanie głosów. Jeżeli wójt dał coś wyborcom, np. postawił setkę, to jest to kupowanie głosów, a jeżeli premier Ewa Kopacz przyjechała do Łodzi i zapowiedziała, że po wyborach znajdą się pieniądze na drogę S14, która jest daleko na rządowej liście rezerwowej, to słyszę tylko że wszyscy tak robią (w domyśle wszyscy przedstawiciele rządu). Moim zdaniem to:

  • Kupowanie głosów
  • Szantaż polityczny
  • Korumpowanie wyborców obietnice rozdawnictwania uległym państwowych i unijnych pieniędzy
  • Nierówność Komitetów Wyborczych.

Czy gdyby wspomniany wójt nie postawił wódki części swoich wyborców, ale zrobił listę i obiecał, że postawi ją po wyborach, to byłoby to zgodne z prawem?

A może zapowiedź budowy drugi powód do referendum o odwołanie prezydenta, jeżeli jej budowa nie ruszy na wiosnę?

Zmiana ustroju przebiegła u nas bezkrwawo. Nowe władze musiały jednak przy tworzeniu prawa zabezpieczyć zyski tych, którzy sfinansowali zmiany, a potem inwestowali w nasz przestarzały przemysł. Tworzenie prawa nie rozpoczęło się od sprawiedliwości, jak po każdej rewolucji i przejęcie go przez bogacących się krezusów widać wyraźnie.

Żadne państwo nie utrzyma swojej gospodarki bez współpracy międzynarodowej. Przekonała się o tym ostatnio nawet Rosja, na którą nałożyły embargo najbogatsze kraje świata. Ale jeżeli już znaleźliśmy się w Unii, to nie musimy godzić się na oligarchizację władzy i wywożenie zysków do najbogatszych krajów.

Tylko czy można to osiągnąć bez wyprowadzenia ludzi na ulicę? Nie jestem optymistą. Młodzież wyszła. Kamyk z góry zaczął się toczyć potrącając inne kamyki i prędzej czy później zejdzie lawina.