Zwierzoterapia 3

PDF pageEmail pagePrint page

Artykuł ten będzie tematycznie odbiegał od tytułu. Nie można jednak pominąć milczeniem niektórych relacji istniejących między ludźmi i zwierzętami, które mają duży wpływ (często negatywny) na rozwój emocjonalny człowieka. Ludzkość stosunkowo bardzo niedawno zaczęła interesować się otaczającą nas przyrodą. Nastąpiło to praktycznie w XVIII wieku. Karol Linneusz w 1735 roku opracował „system klasyfikacji gatunków”, co spowodowało pogoń za odkrywaniem nieznanych zwierząt i roślin.

Trend ten trwa około 200 lat. Łączy się on z nasileniem się rozwoju cywilizacji i systematycznym odchodzeniem człowieka od własnej kolebki, jaką jest przyroda.

Rozwinęły się również metody wykorzystywania zwierząt do własnych celów, bardzo często kosztem wykorzystywanych. Tak było w XIX wieku w czasie rozwoju miast. Ludzie wpadli w pułapkę końskiego transportu w miastach. Wiek koni w tych bardzo trudnych warunkach egzystencji nie przekraczał zaledwie kilku lat. Każdy koń wydala w ciągu doby kilkanaście kilogramów nawozu, co spowodowało olbrzymie zanieczyszczenie miast nie raz do wysokości kilku metrów. Przejście z jednej strony ulicy na drugą stanowiło spory problem.

Szczęśliwie w tym czasie została odkryta elektryczność. Pierwsze narady urbanistyczne przyspieszyły zamianę żywych koni na konie mechaniczne. Zastosowano silniki elektryczne do napędu pojazdów szynowych, co uratowało życie mieszkańcom miast. Obecnie sytuacja powtarza się z samochodami. Dotyczy to smogu, który wpływa na zdrowotność powietrza w miastach. Konieczne jest zastosowanie odpowiednich rozwiązań tym razem już tylko technicznych…

Nie małą rolę w relacjach człowieka ze zwierzętami odgrywały i odgrywają religie, które podają, że świat został stworzony na użytek człowieka i powinien być mu podporządkowany. Nic bardziej błędnego. Różnorodność przyrody przeczy temu. Organizmy żywe zasiedliły unikalne, ekstremalne środowiska niedostępne dla człowieka.

Wykształcenie się homo sapiens też nie było proste. Rozwój genetyki pozwolił już na nieprawdopodobne, w mniemaniu współczesnego inteligentnego człowieka, ustalenia co do tego faktu. Tak więc człowiek może być zaledwie naśladowcą i to nie zawsze doskonałym, zaistniałych w przyrodzie rozwiązań. Do chwili obecnej ludzkość nie potrafi wykorzystywać największego źródła energii: słońca – pokaźnego reaktora atomowego i znajdującej się na powierzchni ziemi energii słonecznej. Robią to skutecznie rośliny. Nauczyliśmy się korzystać jedynie z depozytów, które przyroda zgromadziła w ciągu wieków, czyli węgla i ropy naftowej. Depozytów ograniczonych ilościowo i bardzo niekorzystnych, z uwagi na potencjalne zanieczyszczenie powietrza w momencie spalania, a także katastrof w momencie pozyskiwania tych depozytów. A więc skutecznie działamy przeciwko sobie. Zresztą nie tylko w tym wypadku. Kolejne wojny toczące się od zarania ludzkości mówią same za siebie. Powinniśmy nareszcie znaleźć właściwe miejsce w przyrodzie i otaczającym nas świecie. Trudno powiedzieć kiedy to nastąpi, aby nie było za późno na jakiekolwiek działania. Coraz więcej państw posiada już rozwiniętą energetykę atomową ukierunkowaną na produkcję środków zagłady. Wyścig z czasem trwa. Przyczynia się do tego systematyczne zatruwanie środowiska. Prawdopodobnie wszystko będzie zależne od rozwoju sytuacji politycznych, ekonomicznych i prawnych w okresie najbliższych lat. Przydałoby się naśladowanie przyrody. Obserwacja termitów, mrówek oraz pszczół: owadów, które potrafią pracować i budować dla dobra własnego społeczeństwa. Termitiery to idealne energooszczędne domy z dobrą wentylacją i stałą temperaturą potrzebną do przeżycia dorosłych owadów i wychowania następnych pokoleń. To samo można zaobserwować u os czy pszczół. Należałoby to przemyśleć. Zwierzęta mogą pomóc człowiekowi w wielu dziedzinach życia. Najbardziej potrzebne są w naszych mieszkaniach.

Przypominam sobie własne dzieciństwo. Jako małe dziecko byłam bardzo przedsiębiorcza. W wieku 2 lat złamałam lewą rękę i to dwukrotnie spadając z płotu. Biegać zaczęłam w wieku 9 miesięcy. Matka moja przez całe swoje stosunkowo krótkie życie miała ze mną same problemy. Najlepiej czułam się w psiej budzie. Mieszkaliśmy poza granicami obecnej Polski. U nas były kiedyś duże psy rasy rzymskiej, obecnie chyba zupełnie nieznane na terenie Polski. Przed laty jeden osobnik tej rasy był w Łodzi. Były to psy wielkości doga, krótkowłose, rude, bardzo silne, dość agresywne. Od najmłodszych lat emocjonalnie byłam związana z psami jak wyżej i kozami: dużymi białymi zwierzętami, bardzo przyjacielskimi. Taki sentyment zostaje człowiekowi przez całe życie. Reguluje i obniża jego agresję w stosunku do otoczenia, uczy cierpliwości, co w obecnym tłoku w miastach jest na pewno cechą przydatną.

Taki sentyment do zwierząt jest chyba dziedziczny. Ja odziedziczyłam go po mojej matce, a córka po mnie. W wieku 10 lat moja córka postawiła jasno sprecyzowane swoje warunki dotyczące naszego wspólnego życia. Powiedziała, że nie chce zostawać sama w domu, jak ja jestem w pracy albo wyjeżdżam w delegację. Jest jej źle i boi się o mnie. Albo zrezygnuję z pracy, albo kupię psa. Wymagania były konkretne i przemyślane. Niestety rezygnacja z pracy, która zapewniała nam warunki utrzymania nie wchodziła w grę. Szczególnie, że była to praca bardzo ciekawa i satysfakcjonująca. Musiałam dojrzeć do rezygnacji z niej, co stało się 8 lat później. W tym jednak momencie zaistniała potrzeba postarania się o nowego członka rodziny – psa… Niestety moja córka bardzo wcześnie musiała dorosnąć i stać się samodzielną. Wychowywałam ją sama po rozwodzie z mężem.

Cały czas zdawałam sobie sprawę z negatywnej sytuacji, w której znajduje się moje dziecko z kluczem od mieszkania na szyi. Niestety uzyskanie pomocy kogoś z prawdziwego zdarzenia, mimo posiadania środków finansowych, nie było łatwe. Udało mi się to zrealizować tylko na pół roku po tym, jak córka zachorowała na żółtaczkę. Zaraziła się w przedszkolu. Jest to los samotnych matek.

Mieszkałyśmy w stosunkowo spokojnej dzielnicy miasta, jednak nigdy niczego nie można przewidzieć. Zaczęły się więc poszukiwania psa. Pierwszego szczeniaka córka otrzymała z pobliskiego przedszkola. Niestety okazało się, że pies był chory na nosówkę. Nie udało się go uratować. Córka przeżyła pierwszą w życiu tragedię. Wiedziała, że przez najbliższe pół roku nie powinien w domu być pies, bo może ulec zakażeniu nosówką. Niestety życie często decyduje za człowieka wbrew logice. I w tym przypadku zaistniała taka sytuacja. Zima 1967 roku była śnieżna i mroźna. Gdzieś w lutym moja córka znalazła pod blokiem małe prawie zamarznięte szczenię. Natychmiast zabrała je do domu. Okazało się, że jest to maleńka, krótkowłosa, ruda suczka z gołym brzuszkiem. Córka nazwała ją Balbina, a ja zawiozłam szczeniaka do weterynarza, żeby zorientować się ile to maleństwo ma tygodni, czy na szanse na przeżycie i czy można ją już zaszczepić, chociażby tylko przeciwko nosówce. Okazało się, że szczeniak ma 6 tygodni, że wygląda zdrowo, że ma szanse przeżycia i można już ją zaszczepić przeciwko psim chorobom. A więc córka uzyskała piszczącą towarzyszkę zabaw. Musiała nauczyć się opiekować maluchem, karmić i sprzątać odchody. Pies rósł w oczach. Szybko Balbina zaczęła opiekować się moją córką. Świetnie rozpoznawała ludzi. Dokładnie znała drogę do domu. Żyła 15 lat i przez ten okres była najlepszą, najwierniejszą przyjaciółką mojej córki. Miała jeszcze jedną ciekawą cechę, której nigdy nie potrafiłam rozszyfrować. Jak wyjeżdżałam z córką na urlop lub wczasy, Balbina przebywała u mojej znajomej. Jej syn wyprowadzał ją na spacery. Doskonale przystosowywała się do nowego domu i nie sprawiała kłopotów. Wystarczyło jednak, że obie wracałyśmy do domu, Balbina potrafiła witać nas przed wejściem na klatkę schodową. Uciekała ze spaceru albo z tamtego mieszkania. W jaki sposób dowiadywała się o terminie naszego powrotu, było jej nierozszyfrowaną przez nas zagadką. Nie mogłam pozwolić sobie na żadne spóźnienie lub zaplanować, że pojadę po sukę kilka godzin po przyjeździe do domu. Taka sytuacja powodowała powrót samodzielny psa z odległości kilku kilometrów i nie wpuszczanie do klatki schodowej moich sąsiadów.

Sukę znali wszyscy w domu i najbliższy posterunek milicji, który był w następnym domu. Usiłowałyśmy ze znajomą dojść, jakim cudem pies trafia pod właściwy adres? Nawet wtedy, gdy znajoma przeniosła się pod inny, odległy od poprzedniego adres, a pies został do niej przywieziony samochodem. Nic się nie zmieniło. Bezbłędnie Balbina wracała do domu pół godziny po naszym powrocie z wczasów.

Jak czasem chciała samodzielnie wyjść z mieszkania, to przez lodżię na trzecim piętrze przeskakiwała do sąsiadów i przymilnie prosiła o wypuszczenie jej na klatkę schodową. Z drzwiami potrafiła sobie poradzić. Była bardzo inteligentnym wielorasowcem.

Kiedy moja córka skończyła 19 lat Balbina była szczenna. W całym swoim życiu miała 2 mioty szczeniąt. Wykorzystałam ten kolejny raz i zrobiłam pokazówkę porodu szczeniąt Balbiny mojej córce i jej koledze. Trwało to kilka godzin. Suka zachowywała się spokojnie rodząc samodzielnie i liżąc każdego kolejnego szczeniaka. Urodziła pięć młodych: dwie suczki i trzy pieski. Całą piątkę wychowała do 8 tygodni, wszystkie zostały rozdane znajomym. Dla córki i jej kolegi był to temat na czasie do dyskusji. Pomagali wychowywać szczenięta. Myślę, że dużo skorzystali. Dzieci na wsi są znacznie bliżej zaprzyjaźnione z naturą, dzieci miast są izolowane od szeregu tematów codziennych z życia zwierząt. Trzeba im to przybliżyć.

Przed wojną były eksperymentalne szkoły podstawowe, w których zwracano na kontakt z przyrodą szczególną uwagę. W pracowniach przyrodniczych w takich szkołach były hodowane ryby, owady, ptaki, drobne zwierzęta. Dzieci opiekowały się poszczególnymi okazami fauny i flory. Za dobre sprawowanie i dobre stopnie w nagrodę dzieci otrzymywały ulubione zwierzęta. Ja w czwartej klasie otrzymałam w nagrodę parę kanarków. Musiałam nauczyć się opiekowania się nimi, żywienia, czyszczenia klatki. Dawało mi to dużo satysfakcji. Obecny system szkolny nie przewiduje takich działań, a szkoda. Zmniejszyła się odpowiedzialność młodzieży za własne czyny, nie wypracowano żadnych działań zastępczych. Nic dziwnego, że młodzież znajduje sobie własne cele, nie zawsze pozytywne dla siebie i otoczenia. Mnoży się ilość nastoletnich matek, często samotnie wychowujących nieplanowane dzieci. To wina dorosłych, zabieganych, którzy nie zawsze radzą sobie z własnym życiem i jego trudnościami. Ostatnio na jakimś zebraniu inżynierów jeden z uczestników prawie płakał mówiąc, że jego dwaj synowie wykształceni, jeden z doktoratem, nie mają pracy. Nie pomyślał o tym, że ci synowie powinni być przygotowani do zorganizowania własnej działalności gospodarczej i zapewnienia ludziom mniej wykształconym miejsca pracy. Przykłady można mnożyć. Świadomość własnych możliwości psychicznych i fizycznych jest jedną z najważniejszych spraw w życiu każdego człowieka.

Można to uzyskać stosując od małego dziecka metodę odpowiedzialności za własne czyny. Opiekowanie się ulubionym zwierzęciem na pewno pomaga we wdrażaniu metody odpowiedzialności w życiu dziecka, a później młodzieńca i dorosłego. Mniej byłoby zdradzonych i porzuconych razem z dziećmi samotnych kobiet. Ćwiczenie cierpliwości i zajmowania się zwierzęciem to poważna nauka życia w społeczeństwie, opanowanie agresji i różnych wybryków łącznie z pociągiem do alkoholu. Nie można tej sprawy nie dostrzegać i nie doceniać.

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast