Wsparcie czy okupacja

PDF pageEmail pagePrint page

Bogate kraje zachodniego cypla Europy nie wróciły na nasz kontynent, aby nas wesprzeć materialnie, ani z powodu wyrzutów sumienia, że po wojnie sprzedały Stalinowi swojego największego sojusznika. Przyszły, bo traktowały nas jak wielki rynek zbytu dla swoich towarów. Bez obniżenia kosztów masową i bezcłową produkcją nie były w stanie wytrzymać konkurencji z „Azjatyckimi Tygrysami” i Chinami.

 

 

Starszym dodatkom do Unijnych Gigantów (Niemców, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii) zaczęto napędzać popyt nie poprzez ich rozwój gospodarczy, ale przez pompowanie pieniędzy w kredyty, których te kraje obecnie nie są w stanie spłacać. My już nie załapaliśmy się na tak szybkie przejadanie i dlatego nie mamy takich problemów jak Grecja, Hiszpania, Portugalia czy Cypr. Jednak również nam przepisami unijnymi blokuje się wprowadzanie rozwiązań innowacyjnych.

 

Wielkie kraje Unii przez dziesiątki lat budowały wielkie przedsiębiorstwa, które wydają wielkie pieniądz na innowacje. Im wsparcie Brukseli w tym zakresie nie jest potrzebne. Wielkie instytuty badawcze w tych wielkich krajach dostają zaś wielkie pieniądze, gdyż nie liczy się myśl innowacyjna, tylko potencjał i sprawozdawczość w drogich zachodnich czasopismach naukowych. I te wielkie instytuty robiąc wielkie badania, sprzedają je wielkim przedsiębiorstwom.

 

Nasz kraj ma zupełnie inną strukturę. Dominują małe, ale bardzo prężne przedsiębiorstwa, spółdzielnie socjalne, organizacje pozarządowe, których nie stać ani na własne badania, ani nawet na zakup nowoczesnych rozwiązań. To one powinny dostawać wsparcie w pierwszej kolejności, ale innowacyjność trudno się rozlicza. Po co więc urzędnikowi, który rozdziela przysyłany do Polski, kapitał narażać się na dodatkową harówkę, po której można wylecieć z pracy. Nie lepiej spokojnie pijąc kawkę, czuć się członkiem „Wielkiej Światowej Dobroczynności”?

 

Prawdziwych potrzeb społecznych nie rozliczy żadna sztuczna sprawozdawczość, ani statystyka pozbawiona sensownych założeń. To potrafią wybrać tylko komisje składające się z ludzi. Ułomnych, zawistnych, podlegających modzie, często stronniczych i upartyjnionych, ale w swojej zbiorowej sile niezastąpionych żadną statystyką. I te rozwiązanie w Polsce już są tam, gdzie nie mogła zabronić tego Komisja Europejska. Są np. w Regionalnych Programach Operacyjnych, gdzie regulamin tworzył Urząd Marszałkowski.

 

II

 

W filmie „Matrix” widzieliśmy walkę ludzi z superkomputerem. Autorzy przedstawili go jako wielką, bardzo skomplikowaną maszynę. Ciała ludzi wykorzystywane są tylko jako źródło energii dla maszyn, a ich mózgi karmione są symulacją idealnego świata. Czy sztuczna inteligencja musi być jedynie maszyną? Słyszymy od czasu do czasu o badaniach nad komputerami bionicznymi.

 

W Polsce jest ok. 40 mln ludzi, którzy przekazują sobie informacje. Gdyby wszyscy działali wyłącznie jak proste bramki binarne (1/0), to mielibyśmy już komputer. A przecież przekaz człowieka jest trójkowy. Czyli chwali/gani/milczy, co zwiększa sprawność obliczeniową układu (były prace nad komputerami prądu stałego: +/-/0). Pamiętajmy również, że człowiek nie jest prostą bramką, ale skomplikowanym komputerem, który często przetwarza dane przed ich przekazaniem dalej. Naukowcy już pracują nad programami łączącymi kilka niezależnych jednostek (efekty przerosły nawet ich oczekiwania). System ten usprawniają jeszcze administracyjne ścieżki przebiegu informacji i liczne media, wielokrotnie zwiększające siłę i zasięg każdego przekazu. Są też urzędy, biura, ośrodki i różne inne formy zrzeszeń obywateli, które działają tak, jak ośrodki neuronowe w naszym mózgu.

 

Lem pisał, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć inteligencji, która jest zbyt mała, lub zbyt duża. Państwo, o którym wiemy, ale nie możemy zobaczyć, ma wszystkie cechy komputera. I tak jak obserwowanie neuronów nic nie mówi o tym co myśli badany obiekt, tak też obserwacja sieci urzędu nic nie mówi o tym, co myśli państwo (np. dlaczego trzy skłócone ze sobą państwa z takim trudem i wielkim kosztem walczą o to, aby od żadnego nie oderwał się kawałek Kurdystanu).

 

Oprócz państw mamy w Europie kolejną, wyższą strukturę zarządzania informacją. I widzimy ty jej kolejną cechę. Im wyższa i bardziej rozbudowana struktura, tym większa dominacja nad ośrodkami niższego rzędu, np. nasz mózg może dominować nad ośrodkiem bólu i utrzymać w ręku gorącą szklankę. Dokładnie tak może działać Unia na wchodzące w jej skład państwa.

 

Obserwując pracę mózgu możemy przypomnieć sobie jeszcze jedną zasadę, którą znamy wszyscy. Gdy bardzo chce się nam pić, nie odczuwamy głodu, ponieważ silnie pobudzony ośrodek pragnienia hamuje ośrodek łaknienia. Ośrodki w naszym mózgu nie są więc sobie równorzędne. Dlaczego w superkomputerze państwie nadkomputerze unii państw miałoby być inaczej?

 

System istnienia rządów dominujących nad społeczeństwem oraz unii państw nad wchodzącymi w ich skład krajami tłumaczy wyłącznie moja hipoteza „Rewolucji materii”. Wyraźnie mówi, że sami ludzie tworzą struktury nadrzędne i nie potrafią zrozumieć tego, co myślą państwa, a zwłaszcza ich Unie. Nie ma tu mowy o jakiejś strasznej maszynie wrogiej ludziom. Zjawisko to, choć nie mogą tego zrozumieć, zauważają na razie tylko antyglobaliści, walczący przeciwko powstawaniu „globalnej wioski” zarządzanej przez wielkie korporacje i supermocarstwa. Protestami nie powstrzymamy fizyki. Starajmy się poznać to zjawisko i zrozumieć, wtedy znajdziemy sposób porozumienia się z superkomputerem, jak zrobił to Neo w ostatniej części Matrixa.

 

Ludzie są istotami rozumnymi. Potrafimy oceniać efekty myślenia państwa i w niewielkim zakresie przemodelowywać je od środka. Możemy łatwo zmieniać rządy, choć już z dużym trudem ustroje, co wyjaśnia moja hipoteza „Rewolucji matergii” http://www.zielp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=271&Itemid=491

 

My Polacy drogo zapłaciliśmy za walkę z tamtym chorym ustrojem. Zniszczone struktury społeczne spowodowały, że demokracja została do nas przyniesiona z zewnątrz i wprowadzana od góry. Dopiero teraz budujmy oddolne struktury społeczne, bo tylko one potrafią zatrzymać bezmyślny przepływ informacji i dostosować go do naszych lokalnych potrzeb. Najwyraźniej widzimy to w Łodzi, gdzie po wojnie nie zdążyło się wytworzyć mieszczaństwo, warstwa średnia, nie zintegrowała się inteligencja. Jak byśmy tego nie nazywali, lokalne grupy działania, które dostosowywałyby informacje napływające z góry do osiedlowych, czy podwórkowych potrzeb są rzadkością. Nie zdobywają i nie przewarzają informacji do swoich potrzeb i nie przesyłają ich do wyższych władz. Mieszkańcy stają się coraz bardziej roszczeniowi, bo kto ma władzę ten jest właścicielem i ma dbać o wszystko.

 

Łódzkie organizacje pozarządowe też nie starają się aktywizować najbliższych sąsiadów. Dla nich partnerem są wyłącznie władze, które mają pieniądze. Nie współpracują więc ze sobą, ale konkurują, bo system wsparcia jest nieczytelny i uznaniowy, a każdy chce przetrwać. „Małe jest piękne, ale duży więcej może”. Duży dobrze się reklamuje i potrafi zdobywać pieniądze z innych źródeł, a mały chce przejmować władzę na swoim terenie i stanowi tylko kłopot, dla spokojnie pracującego Zarządu, którego zadaniem jest uszczęśliwianie mieszkańców. I nie ważne, czy to mieszkańcom podoba się to, czy nie. Władza woli więc wspierać kilka dużych organizacji, niż tworzenie sieci małych, aktywizujących nowe środowiska.

 

Jeżeli nie odtworzymy struktur demokratycznych, które na każdym poziomie przetwarzają informacji, przekazują je wyżej i niżej i odpowiadają za swoje decyzje, zostaniemy pariasami bogatych społeczeństw. Będziemy budowali im dekadencką przyszłość, latając do pracy tanimi liniami lotniczymi. A oni, poprzez nasz rząd, będą nam wysyłały dyrektywne nakazy, lecące bez społecznej kontroli w dół, do wykonania przez każdego, kto jeszcze nie wyjechał.

 

Weźmy przykład z lekarzy, ostatniej grupie w naszym społeczeństwie, która walczy o to, żeby nie skończyć jako ostatnie ogniwo sprawozdawczości Chorej Kasy. Ukończyli najtrudniejsze studia, aby leczyć ludzi, a nie śledzić ich dochody. Zostali dla pacjentów, a nie dla pieniędzy, bo im na Zachodzie byłoby najlepiej. Nie pracowaliby na zmywaku i nie przylatywaliby do Polski najtańszymi samolotami.

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast