Wilkowyje, Polatuchy i „wilcze kamienie”

PDF pageEmail pagePrint page

W Internecie niewiele można znaleźć na temat Wilkowyj, według Wikipedii to miasto na Śląsku biorące swą nazwę od licznych dawniej tam występujących wilków. Polatuchy to odmiany wiewiórek, a o wilczych kamieniach nic nie można znaleźć.

W mitologii Bałtów, a zwłaszcza Jadźwingów, nazwy te miały zupełnie inne znaczenie.  Początek tego mitu sięga zamierzchłej przeszłości i jego pierwotnego znaczenia prawdopodobnie już nie poznamy, bowiem nie pisze o nim ani Kadłubek ani inni ówcześni historycy. Wprawdzie wspomina o nim mnich Jakub, ale nie jest to źródło zbyt wiarygodne, ponieważ nie był on nigdy na terenach Polski, a swoje relacje czerpał z opowieści rycerzy – gości krzyżackich.

W latach sześćdziesiątych pracowałem na tak zwanych terenach odzyskanych, gdzie było wiele osób przesiedlonych z naszych kresów wschodnich. Krążąc po wsiach i ucząc prawidłowego gospodarowania i hodowli wielokrotnie spotkałem się z tymi legendami. Nawet miałem możliwość widzenia „wilczych kamieni” oraz związanych z nimi rytuałów.

Zgodnie z przekazami „Wilkowyje” byli to ludzie obdarzeni mocą rozmawiania ze zwierzętami, wyróżniali się silnym owłosieniem i jak mówili miejscowi byli potomkami dzieci wilkołaka i kobiet ludzkich. Znali się na magii, potrafili zabijać wampiry i innych nieumarłych. Potrafili też wyć jak wilki, a z ich dłoni i palców w czasie walki wysuwały się potężne pazury.

Za króla Łokietka byli szanowani przez starszyznę oraz kapłanów dawnych bogów. Wilkowyjem mógł się urodzić tylko chłopiec.

Polatuchy natomiast, były to kobiety i dziewczęta, potrafiące zamieniać się w sowy. Podejście do nich było różne, z jednej strony obawiano się ich, z drugiej udawano się do nich by zamówić chorobę, uzdrowić lub odwrócić nieszczęście.

Należy tu jednak nadmienić, że sowę w wierzeniach przedchrześcijańskich traktowano z dużym szacunkiem. Wynikało to stąd, że była ona posłańcem pogańskiego boga zaświatów Welesa bądź Nyi. Znamienne jest to, że podobne wierzenia o sowie występują wśród wszystkich północnych ludów Europy: Słowian, Celtów i Germanów. Nocny drapieżnik, jakim jest sowa była przez narody słowiańskie postrzegana, jako istota z pogranicza dwóch światów. Jej pojawienie uznawano za wróżbę, zazwyczaj złą. Na słowiańskich terenach powszechnie wierzono w to, że sowa jest posłańcem śmierci i wszelkich ludzkich nieszczęść. Gdy sowa na dachu kwili, ktoś umrze po chwili – tak mówi stare ludowe przysłowie. Jej pohukiwanie traktowano, jako złowieszczy śmiech siły nieczystej, przemawiającej przez to nocne stworzenie. Wierzono, że sowa wydawanymi przez siebie dźwiękami jest w stanie skutecznie zwodzić człowieka, zagubić go w leśnej gęstwinie. Wydawane przez tego ptaka dźwięki puć, puć były odbierane, jako komunikat pójdź, pójdź, zwiastujący czyjąś śmierć, odejście do zaświatów, z których sowa rzekomo przybywała. W Jaćwieży było jednak inaczej, owszem sowa była posłańcem zaświatów, ale jej pojawienie i głos nie zwiastował śmierci. W bałtosłowiańskich wierzeniach ludowych sowy uważano za prawdziwy przyrodniczy barometr. Wierzono, że puchacz pohukuje wieczorem na pogodne dni zaś w nocy na deszcz. Zimowe pohukiwania były z kolei zwiastunem nadejścia wielkich mrozów. Gdy zaś sowy pohukują w trakcie deszczu wróżono nadejście poprawy pogody. A piskliwe zawołanie pójdźki „powij” miało przepowiadać narodziny dziecka. Szczególną estymą cieszyły się sóweczki, które zgodnie z wierzeniami miały chronić domostwa. Uszatki były dobrymi duchami grodów i miały ostrzegać obrońców przed napastnikami, Z kolei syczki i pójdźki to sowy wykorzystywane w magii i przepowiadaniu narodzin.

Od dawien dawna wierzono, że namalowanie, wypisanie lub wygrawerowanie pewnych znaków, w odpowiednim ustawieniu i nachyleniu gwarantuje ochronę domów, osad czy wręcz całych miast. Znaki te nazwano runami, a ich magiczne właściwości miały odstraszać demony, diabły i inne złe moce. Runy stanowiły barierę ochronną. Sowy, jako ptaki żyjące na pograniczu świata ludzi żywych i zmarłych również traktowano, jako talizmany. Były takimi runami ochronnymi. By ochronić gospodarstwa przed burzami i piorunami rozwieszano je z rozpostartymi skrzydłami na bramach stodół, domach i płotach. Miały w ten sposób chronić domostwa również przed szczurami. Jednym z dziwniejszych przesądów było wywieszenie w stajni puchacza w myśl zasady: „Gdy puchacz wisi zabity w stajni, konie tyją”. Wszystkie te wierzenia związane były także z polatuchami, wierzono, że polatuchą kobieta staje się, gdy zapatrzy się na sowę lub kiedy spadają gwiazdy, a sowa przeleci nad patrzącą na nie kobietą. Polatuchy były w większości dobre i nie szkodziły ludziom, lecz niekiedy z wiedźm (kobiet wiedzących) stawały się czarownicami i oddawały się złu.

„Wilcze kamienie” związane były z wierzeniami w cudowną moc wilków. Jadźwingowie wierzyli, że jeśli znaleźli kamień, który przypominał to zwierze, był on wilczym kamieniem, gdyż była w nim zaklęta dusza wilka. Wielokrotnie widziałem wśród miejscowej ludności takie kamienie z wydrapanymi oczami w miejscu łba. To były bardzo stare kamienie, a ich właściciele mówili, że są w rodzinie od pokoleń. Wszystkie miały kształt zwierzęcia i przypominały wilka. Taki kamień trzymano w domu lub zakopywano w obejściu, co miało zabezpieczać gospodarstwo przed wichurami, gradobiciem, pożarem, pomorem i innymi nieszczęściami. Co ciekawe w gospodarstwach, które posiadały te kamienie zwierzęta rodziły się zdrowe i było ich więcej. Nigdy nie udało mi się tego fenomenu rozwiązać na gruncie zootechniki.

Ciekawostki historyczne o sowach.

W dawnej Polsce wiele było przysłów związanych z sowami: „Pójdź pójdź w dołek pod kościołek”, „Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili” (pohukiwania w pobliżu domostw to zapowiedź rychłej śmierci któregoś z domowników, osiedlenie w samej stodole to śmierć gospodarza domu lub pomór bydła), „Tak mówi sówka, sobie rzyć łowka” (w sensie każdy potrafi o siebie zadbać, by z głodu nie umrzeć, Kodeks Mikołaja z Lublina, 1447 rok), „Sowa sokoła urodzić nie zdoła”, „Sowa, choćby pod niebiosa latała, sokołem nie będzie”, „Choćby, kto świat obszedł kołem, nie będzie z sowy sokołem” (wytykanie wad), „Sowa huczy, choć jej nikt nie uczy”, „Zadąć na sowę” (tzn. spuścić z tonu, smutno się odezwać), „A sowa mówi sowie: starajmy się każda sobie”, „Słońca nie doleci sowa”, „Twarz zaspana jak u sowy w południe”, „Siedzi na stołku jak sowa na kołku”, „Sowa skubie mech, bodaj kowal zdechł”; „Przynieś babie sowę powije ci zdrowe” (sowa sprowadza dzieci).

Wierzono, że puchacz powstał z człowieka, który w postny dzień jadł mięso. Świece kościele z tlącymi się płomykami połykała z kolei sowa zamieszkująca poddasza kościołów, nazwano ją, zatem płomykówką. Pójdźka swe miano posiadła od swojego głosu i powiedzenia „pójdź pójdź w dołek pod kościołek”.

Zenon Bednarek opracowanie literackie M Sandomierski

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast