Przebudzenie

PDF pageEmail pagePrint page

Należę do pokolenia, które uczyło się iść na czołgi, a nie do sądu (chyba żeby go podpalić). I obaliliśmy ten niesprawiedliwy ustrój. Ale pomimo naszej determinacji, nie czujemy się zwycięzcami.

Prawo starego systemu było niesprawiedliwe, ale jasne i zrozumiałe.  Jednak w obecnej demokracji, którą wywalczyliśmy, a zwłaszcza po wejściu do Unii, która miała przynieść nam dobrobyt, prawo jest nie tylko niesprawiedliwe, ale jeszcze całkowicie niezrozumiałe. Napisane językiem, niezrozumiałym nie tylko dla przeciętnego człowieka, ale i dla przeciętnego posła, który na nie głosuje.

Język polski, potocznie nazywany literackim, za który walczyli krew nasi przodkowie, przestał być w Polsce językiem urzędowym. Wszystko jest (albo musi być) napisane językiem prawniczym lub urzędowym. I ci przy władzy walczą o wielkie pieniądze przy pomocy małych słówek w tym niezrozumiałym języku.

Nieznajomość prawa szkodzi, czyli wszyscy muszą znać wszystkie przepisy. Oprócz prawników, którzy nie są w stanie ich zapamiętać, bo jest ich tak dużo i dlatego się specjalizują. Ale na drogich i wyspecjalizowanych prawników stać tylko wielkie, najczęściej zagraniczne korporacje. A posłowie i rząd nadal mnożą przepisy. Do tego to, co tam jest napisane, nie ma znaczenia. Dopiero sąd wie, co tam pisze. I chociaż nasze prawo nie jest precedensowe (jak anglosaskie), to wszyscy prawnicy powołują się na jego interpretację przez Sąd Najwyższy. W tej sytuacji nikt już nie wie, kto w Polsce tworzy prawo: władza ustawodawcza, wykonawcza, czy guru „specjalnej kasty”.

A może to Unia Europejska za obietnicę dobrobytu (w praktyce trzeciej prędkości) i wyciągnięciu z kraju zdolnych, dobrze wykształconych i pracowitych młodych ludzi, narzuca nam swoje ustawodawstwo. Przecież po każdej zapowiedzi zmiany prawa, ogłaszanej przez nasz rząd, były szef jedynego w Europie Raju Podatkowego organizuje w Brukseli nagonkę na nasz kraj. A minister niemieckiego rządu ogłasza, że będzie finansowo wspierała tworzenie w naszym kraju piątej kolumny, mającym obalić demokratycznie wybrany rząd. W języku polityków to zapewne oznacza, że tę piątą kolumnę organizują od dawna, tylko wyciekły im dokumenty i zanim ukarzą się w niezależnej prasie, sami zaczynają mataczyć. A mnie taka metoda kojarzy się wyłącznie z krwawą niedzielą w Bydgoszczy i zielonymi ludzikami z Krymu.

Na razie do takich skrajności nie doszło, ale słuchając nawoływań totalnej opozycji i reakcji Komisji Europejskiej, boję się, że może być blisko. Katarzyna wraz z Niemcami i Austriakami też kiedyś przyszła tylko z pomocą totalnej opozycji „broniącej demokracji”.

*

Boli mnie co innego: jak w ciągu zaledwie dwóch pokoleń, doszło do rozpadu tak zwartego i zmotywowanego do obrony swoich wartości społeczeństwa polskiego. Nie jestem socjologiem, nie umiem robić badań na ten temat, ani wzorować się na zachodnich naukowcach, ale żyłem w tych „ciekawych” czasach i pamiętam jak się zmieniały. Mogę je tylko opisać, porównując ze sobą różne etapy zmian.

W socjalistycznej „planowanej gospodarce” planowano przede wszystkim produkcję zaspokajającą potrzeby społeczne. I marnie to wychodziło. Wszystkiego brakowało.

W gospodarce nigdy nie ma równowagi, między ilością towaru a ilością pieniądza. Obecnie mamy nadprodukcję towaru i brak pieniędzy, aby to wszystko kupić. Młodym pewnie jest nawet trudno sobie wyobrazić, że kiedyś problemem nie był brak pieniędzy, ale brak towaru w sklepie. Wszystkich było stać na prawie wszystko, ale aby kupić zwykłą meblościankę albo kanapę, trzeba było stać trzy miesiące w całodobowej kolejce (były listy kolejkowe i dyżury). Mieszkanie, stosunkowo tanie, dostawało się (lub kupowało w spółdzielni), po 20 – 30 latach czekania (książeczki mieszkaniowe rodzice zakładali dzieciom zaraz po urodzeniu). Dla równiejszych były talony, a dla najrówniejszych sklepy „za żółtymi firankami” oraz dla sprytniejszych barter (dosyć popularny w kadrze kierowniczej). Zamknięte granice, wysoki kurs dolara i Urząd Bezpieczeństwa strzegły trwałości tego układu. Starsze pokolenie mogło wówczas tylko przekazywać młodszemu wartości odziedziczone po przodkach, konsolidować społeczeństwo, któremu okupant wpajał różne wartości i cele (jak robotnicy pobili studentów i sami dostali baty, bo nie miał kto nimi kierować, zaczęli działać wspólnie) oraz powoli mobilizować młodych do kolejnego powstania. A mając pieniądze, oglądaliśmy w naszej telewizji fragmenty tego dobrobytu w zachodnich supermarketach.

I w końcu przyszedł ten dzień. Otworzyliśmy granicę zachodnią, a na wschód wysłaliśmy wojska radzieckie. Mieliśmy niewielki nadmiar pieniądza i mogliśmy się zachłysnąć dobrobytem przywożonym z zachodnich hurtowni. Szałem były kolorowe napoje w butelkach pet. Co ważniejsze przy naszej przedsiębiorczości, z zachodu mogliśmy ściągnąć surowce, których brak hamował socjalistyczny rozwój. Nastąpił bum małych przedsiębiorstw produkcyjnych, usługowych i handlowych. Od handlu ze składanego łóżka, poprzez stragan, do małego sklepiku.

Ale powoli nadciągały molochy wielkich korporacji, zachęcane ulgami przez polskie władze. Pierwsze ulgi dostały duże sieci handlowe, choć akurat ta działalność rozwijała się u nas bardzo sprawnie (przed denominacją sprzedaż walizkowa zagrażała nawet sieciom handlowym w Niemczech). Następnie zachodni kapitał zaczął wykupywać za bezcen nasze, z reguły przestarzałe fabryki. Ludzie tracili pracę, markety wypierały małe sklepiki, produkcję – importowane tanie wyroby z Dalekiego Wschodu, a biednych nie stać było na usługi. Do tego nowe technologie – komputeryzacja, a potem Internet. Przedsiębiorcy walczyli do ostatecznego upadku, wielu załamywało się. Nastał najbardziej agresywny kapitalizm, ale korporacyjnych molochów nie dało się zatrzymać.

Jednak agresja przeniosła się na całe społeczeństwo.

*

Pomimo oferowania małych mieszkań, z ciemnymi w pewnych okresach kuchniami (rząd miał zapewniać wyżywienie na stołówkach i wychowanie w przedszkolach), preferowano rodziny wielopokoleniowe. Po radę, jak przez całe wieki, szło się do starszego pokolenia w myśl zasady „Młodzi potrafią szybko iść na przód, ale to starsi wiedzą, gdzie trzeba iść”.

W czasie przełomu to się nie sprawdziło. Starsze pokolenie nie nadążało za zmianami, nowymi urządzeniami i technologiami. Nie wytrzymywało też powszechnej agresji i propagowanego, w wykupionych przez zachodnie koncerny mediach, powszechnego defetyzmu. Pogubiło się. Nie potrafiło udzielać rad młodym ludziom i zamknęło się w sobie. Przestało kontaktować się nie tylko z młodymi, ale również między sobą. Uległy zerwaniu tradycyjne międzypokoleniowe więzi społeczne (których do tej pory nie udał się ich odtworzyć). Najwyraźniej widać to w tramwaju. Dla mojego pokolenia nie do pomyślenia było, aby nie ustąpić miejsca starszemu. Gdy młodzian siedział, cały tramwaj huczał przeciw niemu. Starsi bardzo tego pilnowali. Wspierając się wzajemnie wpajali to młodzieży.

A dziś w tramwaju śmiertelna cisza.

Młodzi ludzie zostali sami, uświadamiani o wartościach społecznych wyłącznie przez zagraniczne media. A one mówiły, że liczy się tylko zarabianie i kupowanie, bo kraje Unii tak robiły i mają dobrobyt. Najaktywniejsi i najbardziej zdeterminowani pojechali więc tam, gdzie lepiej płacą. I trafili na jeszcze większą prozachodnią propagandę.

Jednocześnie nasiliła się roszczeniowość wielu grup potrzebujących wsparcia, które pozostały. Zasady socjalistyczne zderzono z zachodnim dobrobytem i osoby mniej zaradne zaczęły oczekiwać na większą pomoc, aktywnie się go domagając.

Również duże zmiany zaszły w stosunku władzy do mieszkańców. Dawne, często obowiązkowe czyny społeczne okresu błędów i wypaczeń zastąpiło bierne oczekiwanie na działania urzędników (zwłaszcza w dużych miastach). Np. kiedyś, kiedy wszystko było państwowe, czyli „niczyje”, ten, kto mieszkał na parterze, zwyczajowo dbał o rabatkę pod oknem. Dziś władze sprzedają działki pod blokami po obrysie. Ziemia pod oknem jest miejska i ma dbać o nią właściciel, czyli urząd miasta. Mocno wychylone w socjalizmie wahadło poszło na drugą stronę i w efekcie jest brzydko, głośno i drogo, a emeryci umierają z nudów, w dosłownym tego znaczeniu.

To wszystko, poparte zachodnią propagandą, zatomizowało społeczeństwo. Każdy martwi się o siebie. Już wykorzystują to upartyjnione Urzędy Miasta. Podatki w błyskach flesza przeznacza się dla mieszkańców, ale nie wydaje wspólnie z nimi. Kadencyjny system partyjny uszczęśliwia ludzi, bez względu na to, czy to im się podoba, czy nie. Ważne żeby było nowe i kolorowe, a mediom się zapłaci za uzasadnianie,  że to dobre. Aktywiści i społecznicy stali się tylko uciążliwością dla rządzących.

*

Zachodnie korporacje nastawione były na maksymalizację zysków. Badania marketingowe, zwłaszcza po roku 1970, dowiodły, że biedni są biedni, ale jest ich dużo i w sumie mają dużo łatwych do pozyskania pieniędzy. W tym czasie nastąpił gwałtowny, światowy rozwój transportu (samochody, statki i samoloty były coraz większe i coraz tańsze w eksploatacji). Na to nałożył się szybki rozwój komputeryzacji i powstanie globalnego Internetu. Przedsiębiorstwa handlowe zaczęły wówczas wykorzystywać te badania do ujednolicenia popytu na całym świecie. To pozwoliło na masową, globalną produkcję. Zaczęto wozić surowce, półsurowce i gotowe produkty po całym świecie. W miejsca, gdzie akurat ta, konkretna operacja była najtańsza (tani ludzie, tani surowiec, brak przepisów o ochronie środowiska), a następnie do wielkich sieci handlowych na całym świecie. Wszyscy kupują to samo, noszą to samo i używają te same urządzenia.

Kropkę nad i postawiło wykupienie przez koncerny prasowe lokalnych mediów.

Dawniej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, unii strażniczej na granicy kilku kultur, mężczyzna był produktem jednorazowego użytku. Gdy była trwoga, miał iść i wygrać. Dobrze jak wrócił, rodzina się ucieszyła, ale, jak to dziś mawiają księgowi, „nie było to wymagalne”. Mężczyzna szumiał, rządził, utrzymywał rodzinę, ale tradycje kulturowe i narodowe pielęgnowały kobiety. To one uczyły dzieci, rozmawiały ze sobą i przygotowywały przyjęcia.

Jeszcze w mojej młodości marzeniem dziewczyn było zostać damą. Nie było mowy, aby kobiety (poza rajdami terenowymi) paliły na ulicy papierosy, czy piły piwo. Pilnowały też stosownego zachowania kolegów. My też znaliśmy przekleństwa. Sypały się na męskich spotkaniach, czasami meczach, albo przy niektórych pracach fizycznych, np. wbijaniu gwoździ. Ale jak któraś usłyszała, że koledze się „wypsneło”, to nie odzywała się do niego co najmniej dwa tygodnie. I inne dziewczyny też. Więc mężczyźni się „nie rozpędzali”.

Dlatego w Polsce, kraju o wysokiej, wielowiekowej kulturze i tradycji, główny atak propagandowy przypuszczono na kobiety, które jak wszystkie poprzednie pokolenia naśladowały w ubiorze i zachowaniu autorytety. Ale przerwanie więzi młodzi – starzy spowodowało, że jedynymi ich idolami zostały amerykańskie aktorki i piosenkarki. Ale olbrzymia konkurencja na rynku medialnym i chęć wejścia koncernów na populistyczny rynek spowodowały, że one nie chciały być damami. „Dynastia” była jedynym i bardzo krótkim serialem.

Pamiętam, że na początku przemian, amerykańskie gwiazdy lansowały żyletki na łańcuszkach, jako damską biżuterię. Najpierw prawdziwe stalowe (jako broń do rzucania), potem plastikowe atrapy. Młodzi chłopcy w tym czasie tylko na krótko dali się wciągnąć w noszenie dużych, nie zasznurowanych butów. Przełom nastąpił jednak w okresie agresywnego kapitalizmu, któremu towarzyszyło pojawienie się hip-hopu. Pierwsze płyty, krążące na płytach poza oficjalnym radiowym i telewizyjnym obiegiem, były pełne wulgaryzmów. Podkreślało to oderwanie się młodzieży od kultury i tradycji reprezentowanej przez starsze pokolenie, które było mało przydatne nowym czasom i ich gloryfikacji propagandzie medialnej. Wszyscy założyli dresy, kobiety ostrzygły się jak komandosi, na okrągło „sypały wiąchami”, a na ulicach z papierosem pojawiło się ich więcej niż mężczyzn. I nikt już nie zaśpiewał „damą być”.

W Rzeczypospolitej Obojga Narodów wszyscy mieli swoje, chociaż bardzo różne i z reguły dziedziczone prawa, zależne od przypisanego im obowiązku. Również kobiety, w przeciwieństwie do patriarchalnych państw Europy zachodniej, też miały swoje prawa. Organizacje feministyczne, które również weszły do Polski przez otwarte granice, krytykowały Polaków za błędy mężczyzn zachodnioeuropejskich. Dążenie do równości przyjmowało czasami kuriozalne formy. Kiedyś kobiety mogły nosić ciężary do 30 kg, a mężczyźni do 50 i więcej zarabiali, bo mogli więcej przenieść. Dla równości płci teraz wszyscy mogą nosić do 30 kg i wszystko pakuje się tylko w takie worki. Albo na powojennych plakatach możemy jeszcze zobaczyć kobietę na traktorze, ale w rzeczywistości kierowcami byli tylko mężczyźni. Nie miało to jednak nic wspólnego z antyfeminizmem. Kobiety miały zakaz prowadzenia ciągników i samochodów ciężarowych, ponieważ przy starym resorowaniu wibracje powodowały u kobiet bezpłodność. Teraz często widzimy je w samochodach dostawczych, autobusach, a nawet tirach. Ale ten męski bastion zdobyły nie dzięki feministkom, tylko nowoczesnym amortyzatorom.

Ale główny nacisk feministek szedł w kierunku równej płacy i pracy w korporacjach i awansowania kobiet na kierownicze stanowiska, co udało się stosunkowo łatwo i szybko osiągnąć, ponieważ nie było sprzeczne ani z naszą mentalnością, ani polityką zachodnich firm, ale ambicjami kobiet, które feministki rozwinęły.

Takie pięcie się w górę przypomina mi, znany z literatury okres kształcenia guwernantek. Najzdolniejsze kobiety, ze środowisk znajdujących się niżej w hierarchii społecznej, kończyły szkoły i zostawały guwernantkami, nauczycielkami, opiekunkami dzieci. Awans społeczny powodował, że nie chciały już szukać mężów środowisku z którego się wybiły, a nie stawały się jeszcze atrakcyjnymi kandydatkami na żony w środowisku, do którego awansowały. W najlepszym przypadku trafiały do grupy „starych panien” rezydujących na dworach, razem z niezamężnymi ciotkami. I dziś kobiety pną się w hierarchii korporacyjnej, ze cenę oderwania od środowiska z którego pochodzą. Kiedy osiągają sukces, okazuje się, że do międzynarodowej elity korporacyjnej im daleko. Wprawdzie stać je na kupienie sobie wszystko kupić, ale nie męża i dzieci. I dołączają do grupy korporacyjnych singielek. Hołubią tę grupę jak mogą, ale mit i doraźne związki ani miłości, ani rodziny  nie zastąpią.

Przed wojną rodziny było stać na sześcioro dzieci, po wojnie dwoje – troje, a w latach siedemdziesiątych przyszła moda na jedynaków. Potem przyszła moda na rodziny dwupokoleniowe, singielki i wyjazdy za granicę. Społeczeństwo zaczęło się wyludniać oraz nastąpił rozpad funkcji rodziny. Brak więzi między starszymi i młodszymi jej członkami zaczął utrwalać się w kolejnych pokoleniach. Zaczęły obowiązywać obce nam tradycje, lansowane przez wykupione przez zagraniczne koncerny media i przywożone przez emigrantów, uzasadniających lepsze życie za granicą. Całe rodziny stały się jak te guwernantki. Nie chciały wracać do polskich tradycji, a zachód ich nie zaakceptował. Wszystkich z nowej Unii traktował jak emigrantów zarobkowych z kolonii, którzy przyjechali wyłącznie aby im służyć.

I jeszcze nasze geograficzne położenie. Po wejściu do Unii byliśmy Europą Wschodnią, a ta w Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii itd. wschód to tam, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Ostatnio nieco się poprawiło i słyszy się, że jesteśmy Europą Środkowo-Wschodnią. Nawet przedstawiciele naszych władz i sąsiednich państw to powtarzają. A przecież Europa Wschodnia zaczyna się za Białorusią i Ukrainą.  My jesteśmy Europą Środkową, bo leżymy w samym jej środku.

Bez tradycji przekazywanej przez starsze pokolenie i przy rozpadzie podtrzymujących te wartości rodzin, staliśmy się globalną wioską, w której, jak wszędzie, zaniknęło społeczeństwo lokalne. Zostały tylko wsioki i rządzące nimi elity korporacyjne.

Otrząśnięcie się z komunistycznego „dobrobytu” zajęło nam 40 lat, i jeszcze parę jego obalenie. Mam nadzieję, że otrząśniemy się również z takiego globalnego dobrobytu. Staniemy się partnerem globalnej gospodarki, a nie jej roboczym, „globalnym wsiokiem”.

Na szczęście ostatnio obserwuję budzenie się jedności i dumy narodowej. Bez wskazania drogi przez seniorów, przyjmuje ona czasami zbyt radykalne formy, które prowadzą w ślepy zaułek. Temu też trzeba zapobiegać. Mamy swoje wzorce, z których powinniśmy brać przykład, ale baczmy z kogo go bierzemy i dokąd naszego idola one zaprowadziły, bo nasi przodkowie też czasami błądzili.

Jerzy Dauksza

 

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast