Ner – Warta

PDF pageEmail pagePrint page

Po zachłyśnięciu się wyjazdami zagranicznymi, coraz więcej osób przekonuje się, że Polska jest ładna i dużo bezpieczniejsza od renomowanych kurortów arabskich. W kurortach tłok zrobił się większy niż na Piotrkowskiej po sezonie. Trudno się tam wyciszyć.

Są jeszcze wyjazdy na działki. Ale najlepsze są zlokalizowane we wsiach letniskowych, w których już prawie nie ma rolników, a „rządzą miastowe”. Obecnie ta forma wypoczynku przeżyw regres. Działki stoją puste, a na wielu wisi tabliczka „Sprzedam”. Młodzi mają większy wybór niż topienie w nie pieniędzy i praca, po ciężkiej, wielogodzinnej pracy zawodowej przez cały tydzień. Seniorzy, którzy kiedyś inwestowali w domki, aby emeryturę spędzić poza miastem, wraz z pogorszeniem stanu zdrowia, utratą znajomych i rosnącej oferty w mieście, też ograniczyli wyjazdy. Ale mimo to, atmosfera na działkach jest dla mnie zbyt domowa. Po warkocie kosiarek koszących trawniki przed wyjściem do pracy, huku samochodów i warkocie kosiarek po powrocie z pracy, wyjeżdża się na wieś. Człowiek wstaje rano (po lekkim grillowaniu), wychodzi przed domek, przeciąga się, wciągając w płuca czyste powietrze. I słyszy, że „skowronki” już koszą swoje trawniki! Wraca na śniadanie, ale zamiast myśleć o radości życia, myśli tylko o zemście. Kiedy „skowronki” przerywają koszenie, aby szykować obiad, „sowy” wyciągają swoje kosiarki. Ostro ciągną za sznurki i gaz do dechy. Od siatki, do siatki. I tak do obiadu. Ale wtedy „skowronki” są już po obiedzie. A kiedy idą na kolację, znów ruszają „sowy”. Zgodna cisza przychodzi wraz z grillem. ”Cisza”? – Jeżeli na którąś działkę nie przyjedzie rozbrykana, hałaśliwa młodzież.

Dlatego co jakiś czas wybieram się na wycieczkę wzdłuż którejś rzeki naszego województwa. Tym razem postanowiłem przejść się wzdłuż Neru.

Do Lutomierska chciałem dojechać tramwajem. Trzynastką do 43 i ruszyłem prawie biegiem z ciężkim plecakiem do przesiadki. O ile motorniczy z reguły czeka na mnie, tym razem ruszył, kiedy tylko przebiegłem przed nim. Na szczęście długo nie żałowałem półgodzinnego czekania, bo następnym tramwajem był zabytkowy N3. Mogłem powspominać, jak to kiedyś stałem w tłoku uczepiony na stopniu. Ale głównie zainteresowała mnie różnica w budowie foteli: zabytkowa drewniana twarda ławka i wyprofilowany fotel wyłożony przylepiającym się do wszystkiego mechatym materiałem. W ten upalny dzień wygrała drewniana, nie nagrzewająca się i nie przylepiająca ławka. Podejrzewam, że zimą też by wygrała.

Dojechaliśmy tylko do Konstantynowa, bo jak mawiają Poznaniacy „szyny się wygły” i dalej jechał tylko autobus. Przejeżdżając przez most przypominałem sobie, jak dawniej dojeżdżając do mostu, zamykało się wszystkie okna, wyłączało nawiew i wstrzymywało oddech. A po zbudowaniu GOS-iu Ner nie tylko przestał śmierdzieć, ale żyją w nim ryby nadające się do jedzenia.

Lutomiersk to jedna z najstarszych miejscowości dawnego województwa sieradzkiego, położony na lewym brzegu Neru w pobliżu ujścia do niego rzeczki Wrzącej. Osada kultury łużyckiej istniała tu już w epoce brązu. I chociaż zupełnie na to nie wygląda, obecnie jest wsią, gdyż w 1870 stracił prawa miejskie. 1 lipca 1929 Łódzka Wąskotorowa Elektryczna Kolej Dojazdowa uruchomiła odcinek podmiejskiej linii tramwajowej z Konstantynowa Łódzkiego tylko rzeki, czyli do skrzyżowania dróg do Lutomierska, Kazimierza i Aleksandrowa Łódzkiego. W 1932 r. wybudowano most przez rzekę Ner i jesienią uruchomiono brakujący odcinek do rynku Lutomierska, długości 1.300 m.

Z przystanku autobusowego na rynku poszedłem lewym brzegiem Neru. Wycieczka wzdłuż rzeki ma tę zaletę, że można podejść do wody i umyć się. Ale niestety od ścieżki na granicy lasu do nurty było kilkaset metrów łąk, pociętych rowami melioracyjnymi. Piękną perspektywę rozległych łąk zakłócała tylko linia elektryczna średniego napięcia, która czasami uniemożliwiała zrobienie ładnego zdjęcia. A wodę, choć bardzo czystą i bardzo zimną, wiedziałem tylko w rowach wychodzących z lasu. Od przejeżdżającego rolnika dowiedziałem się, że kiedyś łąki dawały większe plony, bo okresowo w rowy była puszczana woda, a teraz zbudowano dwie elektrownie wodne i cała idzie na turbiny.

Rzekę zobaczyłem dopiero, gdy drogą Jerwonce – Szydłów doszedłem do mostu. Szukałem zaznaczonego na mapie grodziska z VIII w. Ale go nie znalazłem. Skręciłem więc do Piorunowa zobaczyć pałac z 1925 r. przekształcony w uroczy hotel. Wzdłuż Pisi wróciłem do Neru.

Niestety skończyła się dobra pogoda i zaczęło mżyć. Nie aż tak, aby pokonało mój skurzany kapelusz, ale okazało że to dosyć awaryjna wycieczka. Pękła podeszwa w prawym bucie i przez dwa dni zasysała wodę. Poza tym skończyły się polne drogi, a asfaltu w Łodzi mam pod dostatkiem. Oglądanie wsi jest miłe, ale góra dwa dni. Dlatego w Pudłówku nie skręciłem na północ, tak jak Ner, ale poszedłem prosto przez Bratkowy i Drużbin na działkę w Księżych Młynach nad Wartą poniżej Jeziorska. Postanowiłem się oprać, wysuszyć i wykąpać.

Kiedy szedłem wzdłuż Neru, ścieżkami i środkiem wsi, nie wyczuwałem zapachu bydła, choć wzdłuż rzeki było tyle hektarów łąk. Na szczęście, w przeciwieństwie do początków Grabi, nie czułem też zapachów świńskich ferm. Ale tereny od Neru do Warty okazały się terenami mlecznymi. Było sporo małych, składających się z kilkunastu krów, stad. Pomyślałem sobie, że to wymarzony rejon do produkcji serów żółtych, wymagających lepszego mleka, niż dają duże stada, zwłaszcza przebywających stale w oborach.

Od Księżej Wólki w stronę Nerek, a następnie z Księżych Młynów do Bożewiska powędrowałem „Szlakiem konnym”. I rzeczywiście, w tym naszym, na pozór nijakim terenie, można znaleźć urocze szlaki do wędrówki wolniejszej, niż jazda rowerem. W tych szybszych i wyasfaltowanych czasach rower jest najlepiej przystosowany do czynnej rekreacji. Ale „Szlak konny” też mógłby być znaczącą atrakcją turystyczną. Szkoda, że Elżbiecie Hibner nie udało się dokończyć tego pomysłu.

Awarie mnie nie opuszczały. Z doświadczenia wiem, że wychodząc, trzeba codziennie wyłączać telefon, bo jak się trafi w martwą strefę, bateria wyładuje się w kilkadziesiąt minut. Niestety przy włączaniu, musiałem go resetować, bo niedawno skończyła mu się gwarancja. Zaczął też zawieszać się zegarek, ale ten ze starości. Spadek po moim ojcu. Nakręcał się przez machanie ręką, ale sprężyna nie trzymała już mocy. Szedł tylko razem ze mną i co rano musiałem go nakręcać.

W Księżych Młynach znajduje się jeden z ostatnich w Polsce promów rzecznych. Kiedy już wyschłem, postanowiłem pomaszerować do Uniejowa i jeszcze raz przepłynąć Wartę, aby iść jej lewym brzegiem drogą wzdłuż wału. Okazało się, że ten „zabytek” dostępny jest już tylko dla rolników.

Polny, gruntowy, typowo relaksacyjny trakt, choć kiedy szedłem nim poprzednio, jeszcze jako student i w mieszanym towarzystwie wydawał mi się ciekawszy. Ale wtedy nie rekreacja była mi w głowie.

Dużo pięknych polnych kwiatów, ale do rzeki nie można się zbliżyć. Tam, gdzie nie było chaszczy, były rozciągnięte druty pastucha elektrycznego. Pod koniec dnia znalazłem zejście nad rzekę, miejscowe kąpielisko niedaleko Uniejowa. Nie chciałem dojść do miasta pod koniec dnia. Mogłem się umyć, zjeść kolację, zjeść kolację i podumać nad sensem życia patrzeć na płynącą wodę przy zachodzie słońca. A zachód był przepiękny, co widać na zdjęciach. Szczególnie jedno zaskoczyło minie po wyświetleniu na dużym ekranie. Czerwone słońce widziane przez drzewo. Niestety kilka ciekawych nie wyszło bo moje Sony powoli się rozpadało. Czy te wszystkie renomowane firmy wydają pieniądze na opracowanie takich systemów i materiałów, które rozpadną się po dwóch latach i dwóch tygodniach, kiedy skończy się gwarancja? No to mieli pecha, ponieważ robię dużo zdjęć i aparat zaczął się psuć dwa miesiące przed końcem gwarancji.

Rano zobaczyłem przybijający do brzegu dmuchany ponton. Samotny wędkarz wracał z nocnych połowów. Dużo nie złowił, ale i tak był zadowolony z nieprzespanej nocy. Kolegom, którzy przyjechali po niego mówił, że niedługo znów wypłynie.

Poranki są piękne, jeżeli nie wstaje się za wcześnie. Niestety ten nie był, bo skończył się gaz i nie było herbaty. Zimna woda dobrze gasi pragnienie, ale nie relaksuje tak, jak gorąca herbata z metalowego kubka pita rano nad wodą, albo wieczorem przy ognisku.

Do Uniejowa było już niedaleko. Pięknie się prezentuje, gdy idzie się w dół rzeki. Ale po 5 zdjęciach skończyła się pamięć w aparacie. I to był koniec wyprawy.

Był wielki upał i przechodząc koło term, zobaczyłem wielki tłum, czekający w słońcu w kolejce na wejście do ogrzewanego basenu. Uniejów to teraz ważny ośrodek turystyczny, a geotermia to jeden z wielu jego atrakcji. I wszędzie tłumy. Tylko idąc na dworzec przez kładkę, zdziwiło mnie, że na plaży, przy tym wielkim upale nie było prawie nikogo. Pamiętam, że kiedy Uniejów był jeszcze małym, sennym miasteczkiem, na plaży leżały tłumy. Ale to była jedyna jego atrakcja. Dziś nie może już konkurować ze staniem w kolejce do basenu.

Jerzy Dauksza

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Accessibility
Zamknij