Natura czy chemia

PDF pageEmail pagePrint page

„Na początku było słowo”. Również w rolnictwie. Wiele mówi się o podziale rolnictwa na tradycyjne i ekologiczne (biologiczny, biodynamiczne). I to jest kompletna bzdura, która ku wygodzie władz ma nam, konsumentom, zamydlić oczy. Rolnictwo tradycyjne może przetrwało gdzieś w Etiopii albo Kampuczy, ale nie u nas. Co wspólnego z tradycją ma rolnik z wiaderkiem wiszącym na sznurku na szyi, z którego rozsypuje na polu nawozy sztuczne. A potem idzie zamówić oprysk. To jest rolnictwo zacofane, a nie tradycyjne.

Dziś mamy wyłącznie rolnictwo chemiczne (mniej lub bardziej), biodynamiczne i zagrażające nam coraz bardziej rolnictwo genetycznie zmodyfikowane (GMO).

Któremu konsumentowi nie marzy się, aby w sklepie mógł kupić żywność smaczną, zdrową i tanią, aby po posiłku czuł się lepiej i nie musiał brać reklamowanych w telewizji tabletek? Któremu producentowi nie marzy się duży zbyt na jego produkty i pozostawienie w tyle konkurentów?

Środki unijne i system wielkoprzemysłowej dystrybucji promują rolnictwo chemiczne (intensywne), w którym nasyca się rośliny prostymi związkami chemicznymi zawartymi w nawozach sztucznych i stosuje szybko działające syntetyczne środki ochrony roślin, podnosząc bezpośrednio plon, ale głównie masy i makroelementów. Wymaga ono dużych nakładów kapitałowych, których spłata uniemożliwia szybką restrukturyzację produkcji. Stara Unia ma też dobrze rozwinięty przemysł chemiczny i jeszcze stosunkowo tanią ropę, jako substrat i źródło energii potrzebnej do produkcji środków dla rolnictwa oraz dalekiego transportu z ferm i upraw przemysłowych. Dlatego jest ono jednym z największych trucicieli nas i środowiska.

W rolnictwie biodynamicznym nasyca się glebę złożonymi związkami organicznymi zawartymi w kompostach, a do oprysku stosuje wyciągi pochodzenia naturalnego o wolniejszym i łagodniejszym działaniu, co pośrednio podnosi plony. Wzrost jest niższy, ale o większej wartości odżywczej (bogate w witaminy, mikroelementy i inne korzystne dla zdrowia substancje organiczne), o lepszym smaku i zapachu, trwalszych w przechowywani i mniejsze porcje zaspokajają głód. Wymaga większej pracy ręcznej, która na Zachodzie jest droga, dużo większej nowej wiedzy, jest trudniejsze organizacyjnie i musi być kontrolowane, aby nie było możliwości fałszowania produkcji. A przede wszystkim wymaga zmiany mentalności.

Z tego powodu produkcja żywności biodynamicznej jest droższa, przeznaczona głównie dla chorych i bogatych. Ile w tym prawdy, a ile reklamy nakręcającej popyt i cenę nie wiem. Nie spotkałem się nigdzie z rzetelnym, całościowym opracowaniem oceniającym rzeczywisty koszt produkcji obu metodami poszczególnych produktów. Szacunkowe, ustna oceny, z jakimi się spotykałem nie były tak jednoznaczne.

Nasze rolnictwo jest na rozdrożu. Naśladować Zachód i szukać kapitałów, które doinwestują nasze gospodarstwa? Chcemy przecież być w Unii równorzędnym partnerem. A może modyfikować naszą gospodarką rolną inaczej, abyśmy doszli do rozwiązań, do których będzie musiał kiedyś dojść Zachód, ale krótszą oszczędniejszą drogą?

Nie chcę przesądzać, które rolnictwo jest lepsze dla wyżywienia całego społeczeństwa, ani czy chłoporobotnik z wiaderkiem na szyi jest gorszy od wydajniejszego, ale drogiego ciągnika z rozrzutnikiem. Od dwudziestu lat rolnictwo boryka się z trudnościami wejścia do Unii. Zmieniały się ekipy władzy, była nawet reprezentacja rolników w kilku rządach. I przez ten cały czas nikt nie stworzył zespołu, który przedstawiłyby sugestie, jak to rolnictwo najkorzystniej zmieniać. Najprostsze jest naśladownictwo. Czas zrobi swoje, nikt nie musi myśleć, a problemem rolnictwa jest wyłącznie KRUS. Bo do KRUS-u dopłaca budżet.

I tylko mi czegoś żal. Mały zespół nie zrujnowałby budżetu tego państwa, nawet gdyby stwierdził, że należy nadal tak działać jak obecnie. Istnieje jednak duża szansa, że ich wnioski mogą być bardziej korzystne zarówno dla nas, konsumentów, jak i dla rolników, zwłaszcza kiedy weszliśmy do Unii, ale nie na równych prawach (i dopłatach). Przecież nauka kosztuje najtaniej, a Polacy są jednym z najdynamiczniejszych narodów na świecie, nieźle wykształconym i gotowym do zmian. O mało nie rozłożyliśmy handlu na Zachodzie w ostatnich latach komunizmu. Możemy też rozłożyć ich rolnictwo, jeśli ktoś obliczy i uświadomi rolnikom, że to rolnictwo biodynamiczne jest dla nich bardziej opłacalne. I skorzystaliby z tego wszyscy.

 

Nawet ludzie, którzy nie interesują się medycyną słyszeli ostatnio o antyoksydantach (przeciwutleniaczach) i wolnych rodnikach, głównych podejrzanych o starzenie się naszych organizmów – związków odpowiedzialnych za długość i jakość naszego życia. Sporo się o nich pisze. Ale co one robią?

W czasie spalania różnych składników naszego pokarmu we wnętrzu komórek (głównie w mitochondriach) niektóre nie ulegają całkowitemu rozkładowi. Powstają agresywne związki, którym brakuje jednego elektronu. Gdy uwolnią się spod kontroli, krążą po całym organizmie i jak chuligani starają się ten elektron komuś zabrać. Atakują białka – enzymy, tłuszcze – błonę komórkową, LDL-cholesterol i DNA, niszcząc je w ten sposób. Brak enzymów upośledza przemianę materii. Uszkodzenie błony komórkowej powoduje zalewanie komórek substancjami w ilościach nadmiernych, np. wapniem z kości, niewnikanie do wnętrza innych korzystnych substancji, czy usztywnienie ścianek erytrocytów, a przez to ich gorsze przeciskanie się w naczyniach włosowatych. Utlenienie LDL-cholesterolu (tej gorszej frakcji) powoduje wytrącanie się go w naczyniach jako płytek miażdżycowych. Uszkodzenie mitochondriów, swoistych elektrowni, powoduje, że komórki słabną i zwiększają niedopalanie cząsteczek, czyli produkcję kolejnych wolnych rodników. A uszkodzenia DNA to niekontrolowane mutacje i w konsekwencji całkowity rozpad komórki.

Antyoksydantami, czyli przeciwutleniaczami są związki powszechnie znane, takie jak wit. C, wit. E, beta -karoten, selen oraz inne, produkowane przez nasze komórki (koenzym Q, glutation), lub zawarte w roślinach.

Życie człowieka możemy podzielić na trzy okresy:

  1. W młodości zapasy materiałowe komórek są tak duże, że człowiek jada wszystko, a ich niszczenie przez wolne rodniki jest nieodczuwalne.
  2. Okres, w którym zapasy jeszcze istnieję, ale szaleństwa lub ostre choroby mocno je naruszają i trzeba to odchorować. Jednak wciąż dochodzi do pełnej sprawności. Brak rezerw powoduje jednak, że wszystkie zaburzenia pojawiające się w tym czasie, paraliżują przemianę materii i następnie gwałtowne przyspieszenia produkcji wolnych rodników.
  3. U schyłku życia uszkodzenia kumulują się na tyle, że zaczynają coraz szybsze, kaskadowo narastające starzenie się komórek, a przez to całego organizmu. W tym okresie odczuwamy wszystko, co jest dla nas szkodliwe, często chorujemy i uzupełniamy naszą przemianę materii różnymi chemicznymi protezami, których całe garście muszą nam zapisywać lekarze.

Jeżeli będziemy systematycznie zażywali przeciwutleniacze i inne witaminy, zwłaszcza grupy „B” oraz mikroelementy takie jak chrom, krzem, magnez, cynk, wapń, to możemy powstrzymać procesy starzenia w każdym okresie. Wielu naukowców twierdzi, że będziemy dzięki temu nie tylko dłużej żyli, ale będziemy również znacznie zdrowsi i sprawniejsi.

W fantastyce tyle się mówi o bionice – człowiekomaszynie. Elektryczny rozrusznik, plastikowe zastawki, metalowe stawy, szklane soczewki, elektroniczna pamięć, jedzenie wspomagane tabletkami (nie tylko z witaminami i mikroelementami). To już mamy na dziś. I może to jest recepta na długowieczność? Czego byśmy jednak nie postanowili, skorzystajmy najpierw z darów natury.

A więc gdy myślimy nie tylko o tym, aby w trudzie i znoju doczekać osiemdziesiątki, a naszym podstawowym pożywieniem stały się tabletki jedzone garściami, zainteresujmy się warzywami i owocami.Ich spożywanie jest olbrzymim dobrodziejstwem dla wszystkich grup krwi, wszystkich schorzeń i zaburzeń przemiany materii. Mają wszystkie witaminy, mikro- i makroelementy oraz błonnik czyszczący i usprawniający pracę jelit. W komunizmie nie były dotowane, więc stosowaliśmy je tak, jak przyprawy (których wtedy nie było prawie wcale). Niewielka ilość do zupy, odrobina dla zmiany smaku mięsa, czasem jabłko na deser. A przecież warzywa i owoce powinny obecnie stać się naszym podstawowym pożywianiem. Powinny wyprzeć pieczywo w grupie krwi „O”, mięso w grupie krwi „A” oraz stać się podstawową częścią posiłku grup „B” i „AB”.

Organizm nie ma możliwości dłuższego gromadzenia przeciwutleniaczy i innych witamin oraz mikro- i makroelementów. Z wiekiem maleje też zdolność organizmu do produkcji wielu substancji, które osoby starsze muszą uzupełniać z pokarmu. Najlepszym ich źródłem są warzywa, pod warunkiem ich regularnego spożywania. Ale żyjemy w klimacie, w którym są cztery pory roku. Uzupełnianie witamin zimą i wiosną jest ogromnie utrudnione . Część warzyw i owoców konserwuje się: kiszona kapusta i ogórki, kompoty, soki, susze itd. Cześć, zwłaszcza kapustę, cebulę i korzeniowe oraz jabłka, można długo przechowywać. Nowoczesne metody przechowalnictwa wydłużają ich podaż do lata. Niestety nawet tak przetrzymywane, stopniowo tracą swoją wartość odżywczą.

Olbrzymia ilość przemysłowych przetworów, jaka zalała nasz rynek, nie poszła w parze z jakością. W dużym stopniu są to produkty silnie przetworzone, pełne konserwantów i chemicznych zamienników. Walka o klienta (i pieniądze) odbywa się w telewizji, a nie w instytutach naukowych. A ktoś, kto uśmiecha się do nas z ekranu i apeluje do naszego serca lub ambicji, jest bardziej przekonujący, niż informacja na etykiecie. Zwłaszcza, że i tak nie wiemy, co to jest to E-cośtam, a dla przetwórców tańsze są dodatki chemiczne „uszlachetniające” pokarm i uśmiech w telewizji, niż inwestowanie w tradycyjne przetwórstwo. A i ono nie załatwi wszystkiego. Nie zapewni zielonych warzyw bogatych w wit. C i A oraz inne roślinne przeciwrodnikowe antyutleniacze rozpuszczalne w wodzie.

Kiedyś bardzo liczyliśmy na szklarnie. Rozwijały się jak grzyby po deszczu. Jednak urynkowienie cen węgla i maksymalizacja wydajności w celu obniżki cen, wymusiły stosowanie dużych ilości środków chemicznych. Nowalijki w większości są przywożone z krajów o cieplejszym klimacie, gdzie produkuje się je w wielkich przemysłowych szklarniach i zabezpiecza chemicznie przed transportem. Stały się bardzo drogie, a ich największą wartością jest możliwość patrzenia na nie.

Na szczęście dla pojawią ją się wciąż nowe rozwiązania. Ostatnio na rynkach i w supermarketach pojawiły się świeże zioła przyprawowe w doniczkach. Można je postawić na oknie. Gdy jakiś szczęśliwiec ma większy parapet, może sobie przyprawy sam wysiewać. Światło, ciepło i hektary parapetów mamy za darmo, a wyhodowane w domu zioła dają nie tylko świeże witaminy i olejki eteryczne. Produkują tlen, nawilżają powietrza, a ich ładne liście stanowią ozdobę okna. Patrzenia na zieleń uspokaja. Może kiedyś widok zielonego i pachnącego okna pełnego ziół będzie się nam kojarzył z domem rodzinnym, tak jak obecnie zapach gotujących się w zupie warzyw. U biednych i bogatych.

 

Na Dalekim Wschodzie od kilku tysięcy lat produkowano kiełki roślin strączkowych (zwłaszcza sojowe) i innych. Podobnie postępowali Aztecy i niektóre szczepy Indian północnoamerykańskich. W Europie nie były zbyt popularne, choć w XIII wieku podawano je załogom i pasażerom na niektórych statkach, aby zapewnić świeże posiłki i zapobiec awitaminozie. Po przeniesieniu tej technologii do USA i Europy poszerzono produkcję kiełków o inne gatunki roślin i spopularyzowano spożywanie kiełków na całym świecie.

Nasiona są najczyściejszą częścią rośliny, przefiltrowaną dzięki przejściu wszystkich substancji przez cały organizm: korzenie, liście, łodygi, ale przeznaczoną do przetrwanie w stanie uśpienia. Muszą być pozbawione wody. Wszystkie zawarte w nich związki chemiczne przechodzą w długie, nierozpuszczalne w wodzie, ale trudne do strawienia łańcuchy chemiczne. Kiełkowanie uaktywnia biokatalizatory – enzymy rozkładające na czynniki pierwsze koncentraty białek, cukrów i tłuszczów. Czynią je łatwo przyswajalnymi dla zarodka (i dla nas). Przekształcają w aminokwasy, cukry proste i kwasy tłuszczowe. Uwalniają też witaminy, których zawartość w kiełkach jest znacznie wyższa niż w samych nasionach, czy innej, jadalnej części danej rośliny, np. wit. A może być trzy razy więcej, a wit. C nawet sześć razy. Ponadto tylko w kiełkach występuje typowo zwierzęca wit. B12 Wzrasta również ilość łatwo przyswajalnych składników mineralnych (wapnia, fosforu, potasu, żelaza, cynku, jodu itd.) w formie organicznej (zwłaszcza helatowej) oraz ilości błonnika.

Dietetycy są zgodni, co do tego, że kiełki są wyjątkowo wartościowym pokarmem w profilaktyce i leczeniu tzw. chorób dieto zależnych, jak metaboliczne (m.in. cukrzyca), reumatyczne, układu krążenia i nowotworowe. Są też bezcenne w rekonwalescencji oraz podwyższaniu odporności osób słabszego zdrowia (głównie dzieci i osób starszych).

Kiełki sojowe są najstarszymi z produkowanych kiełków, ściśle związanymi z kuchnię chińską i może dlatego najbardziej popularne w Warszawie, czy Krakowie. Są niezwykle bogatym źródłem pełnowartościowego białka, co jest szczególnie ważne dla wegetarian. Są również bogatym źródłem witamin, zwłaszcza A, B1, B2, B12, C, E oraz żelaza, fosforu, cynku, magnezu i miedzi.

W bardziej tradycyjnej Łodzi najpopularniejsze są jedne z najsmaczniejszych i najbardziej przebojowe – kiełki rzodkiewki, szczególnie bogate w wit. C i związki siarkowe. Zawierają również wit. A, B1, PP oraz żelazo, fosfor i enzymy. Smakowo nie różnią się od wiosennej formy korzeniowej, są tylko mniej twarde i łatwiejsze do pogryzienia. Nadają się do posypania kanapek z wędliną lub samego chleba z masłem. Można je również podawać z twarożkiem, majonezem albo dodawać do jesiennych surówek dla poprawienia ich smaku. Uwaga, nie można ich spożywać zbyt wiele, bo tak jak rzodkiewka korzeniowa zjedzona w nadmiarze powodować bóle wątroby.

Najzdrowszymi chyba ze wszystkich (choć nie wskazanymi dla wszystkich), a jednocześnie bardzo smacznymi, są kiełki lucerny (alfalfa). Niektórzy bioenergoterapeuci uważają nawet, że mają działania przeciwnowotworowe. Posiadają największą ilość witamin, zwłaszcza C, D, E, K, żelaza, fosforu i innych mikroelementów. Mają niezwykle przyjazny człowiekowi skład aminokwasów. Ich delikatny smak przypomina strączki młodego, zielonego groszku, zrywanego na działce i zjadanego w całości. Dlatego można nimi zastąpić groszek konserwowy, np. w sałatkach warzywnych. Można je również dodawać do innych surówek, poprawiając w ten sposób ich smak i wartość odżywczą, lub stosować jako samodzielną surówkę.

Kiełki pszenicy często opisywane w prasie z powodu łatwo przyswajalnego magnezu, są również bogatym źródłem witamin A, B, C, E oraz żelaza, cynku, białka i enzymów. Wielu osobom wydaje się, że kiełki pszenicy też muszą mieć długie wąsy i poszukują w sklepach wyłącznie takich. Niestety dłuższy kiełek traci swoją słodycz i jest trawiasty w smaku. Jeżeli kiełek jest malutki to ma przyjemny, słodki smak, nadaje się jako dodatek do innych surówek i sałatek, musli, zup mlecznych i jarzynowych. Można je gotować jak kaszę. Gotowanie znacznie poprawia ich smak i likwiduje posmak surowizny, który wielu osobom nie odpowiada. Dobrze komponują się z potrawami z fasoli. Niestety nie są w Polsce zbyt popularne. A szkoda, bo mogłyby z powodzeniem zastąpić kasze i makarony, od których są znacznie zdrowsze i smaczniejsze.

Traktowane trochę po macoszemu kiełki żyta są również bardzo wartościowe, szczególnie bogate w wit. A, B, C. Można je stosować podobnie jak kiełki pszenicy. Nie maję jednak tak charakterystycznego słodkawego smaku, za to po ugotowaniu bardziej przypominają kaszę. Aby nie traciły łatwostrawnych i łatwo rozpuszczalnych składników, należy je, tak jak inna kiełki zbóż, zalewać niewielką ilością wrzątku i gotować do odparowania wody.

Kiełki rzepy posiadają szczególnie duża wit. C, B1, B2, oraz znaczne ilości soli mineralnych i olejków eterycznych. Ich charakterystyczny goryczkowaty smak doskonale poprawia jakość wszystkich surówek. Można je też spożywać z twarożkiem lub majonezem.

Brachinia jest krzyżówką kapusty pekińskiej i rzepiku. Posiada szczególnie dużo wit. C, A i B. Kiełki brachinii smakiem są zbliżone do kiełków rzodkiewki, ale nieco łagodniejsze, dlatego można je nimi zastąpić, gdy chcemy mieć delikatniejszą potrawę. Są świetnym dodatkiem do wszystkich surówek. Najlepiej smakują z twarożkiem, majonezem lub bezpośrednio na kanapki.

Bardzo wielu zwolenników mają kiełki słonecznika. Posiadają dużo wit. B1, B2, B6, B12, D, E, F, K, białka, żelaza, potasu oraz niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych chronionych przed utlenieniem. Poza tym smaczniejsze są od słonecznika łuskanego. Można je dodawać do sałatek, musli, sosów, jogurtów, a przede wszystkim podjadać bezpośrednio jako przekąski. Mogą z powodzeniem zastąpić słodycze do kawy, herbaty i melodramatów.

Kiełki soczewicy są przede wszystkim smacznym i bogatym źródłem białka. Ponadto zawierają duże ilości wit. A, B1, B2, B12, C, E, żelaza, cynku, magnezu i miedzi. Można je spożywać samodzielnie, dodawać do innych surówek, sporządzać zupy, kotleciki. Po bardzo krótkim gotowaniu mogą zastąpić groszek konserwowy w sałatkach lub z sosem stanowić dania bezmięsne (jak fasola).

Brokuły spopularyzowane na całym świecie przez żonę Georga Busha, zawierają sulfarafone – enzym blokujący rozwój raka. Kiełki brokułów zawierają go 20 – 50 razy więcej niż jadany powszechnie kwiatostan i dlatego ich działania jest jeszcze korzystniejsze, przy lepszych walorach smakowych. Niestety ziarno brokułów jest u nas jeszcze tak drogie, że na razie ich produkcja nie jest opłacalna. Cała nadzieja w producentach nasion.

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Accessibility
Zamknij