I Kadencja Rady Miasta Łodzi

PDF pageEmail pagePrint page

RadaJak wiadomo, lata 1989 – 1990 były przełomowe dla Polski. Skończył się 45-letni okres okupacji sowieckiej, którą zafundowały nam po wojnie kraje sojusznicze. Strefa sowiecka praktycznie sięgała aż do granicy z RFN. Kolejno zaczęła się kurczyć. Trudno było utrzymać izolację tej strefy, tak odrębnej gospodarczo od Zachodu Europy. Ludzie mają w sumie krótki okres życia i chcieliby lata te przeżyć jak najlepiej oraz zapewnić swoim dzieciom lepszy byt od swojego własnego. 45 lat to w sumie 2 pokolenia, nic więc dziwnego, że przegrała u nowego pokolenia politykę nakazową, polegającą na ścisłym uzależnieniu wszystkich działań od nakazów i zakazów garstki ludzi – partii PZPR.

Sprawa w Polsce została załatwiona bezkrwawą rewolucją. Nastąpiła radykalna zmiana kierunku rządów w Polsce. W 1990 r. nastąpiły wybory samorządowe, które wyłoniły ludzi odpowiedzialnych za 4 lata rządów w poszczególnych aglomeracjach.

Ja do tego grona trafiłam praktycznie przypadkowo. Nie jestem politykiem. Miałam własny zawód w ramach którego miałam duże możliwości działania. W 1989 r. po rezygnacji z prowadzenia zorganizowanego przed 12 laty zakładu rzemieślniczego, miałam ochotę wrócić do projektowania oddziałów w zakładach przemysłowych. W związku z tym zorganizowałam pięcioosobową spółkę z o.o. W skład jej weszło 2 kolegów z mojej pracowni w biurze projektów Protech. Obaj byli już na emeryturze, ale wiadomo, że inżynierowie nie kończą pracy na rozkaz. Następnie do spółki przystąpił jeden z profesorów z PŁ, z którym współpracowałam kiedyś oraz dyrektor spółki polonijnej francuskiej.

Niestety miałam się zająć się administracją spółki, bo jak zwykle dla inżynierów była to katorga. Miałam bardzo dobrą księgową, która była przez lata dyrektorem ekonomicznym Elty. Poza ekonomią zaliczyła również matematykę. Nie byłam z tego wszystkiego zadowolona. W celu poprawy sytuacji psychologicznej zapisałam się do Polskiej Partii Zielonych, w Zarządzie której w tym czasie była pani dr inż. Elżbieta Hibner. Łatwo zaprzyjaźniłyśmy się i postanowiłyśmy startować w wyborach do Samorządu. Zapisałyśmy się w związku z tym do Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego, w ramach którego powstały listy kandydatów na radnych. Ja byłam na ostatniej pozycji listy na Górnej. Okazało się, że ludzie pracujący w Łódzkich Zakładach Radiowych, Łódzkiej Fabryce Zegarów oraz ci z Elty mieszkający na Górnej znali mnie i mimo ostatniej pozycji na liście zostałam wybrana. Radną została również pani dr inż. Elżbieta Hibner.

Zaczęła się obłędna praca. Trzeba było zacząć od organizacji biur Samorządu Łódzkiego. Pani E. Hibner została wiceprezydentem od spraw ochrony środowiska. Prezydentem został Palka z wykształcenia mgr inż. chemik. Mądry facet, bardzo uczciwy, umiejący pracować w zespole. Powstały komisje. Cały zespół radnych pierwszej kadencji bardzo dobrze się dobrał. Byli to ludzie prawi, wszyscy z wyższym wykształceniem. Najwięcej chyba było inżynierów, kilku lekarzy. Mieliśmy przed sobą cztery lata ciężkiej pracy. Trzeba było zrobić inwentaryzację całego Miasta. Na wszystkie posesje opracować księgi wieczyste w celu uzyskania tych posesji dla Samorządu Miasta ze Skarbu Państwa. W tym celu zorganizowaliśmy biuro inwentaryzacji, wyposażone w odpowiedni system komputerowy. Chodziło o to, żeby przyjęci w biurze urzędnicy sprawdzali dokładnie każdą przejmowaną posesję. Okupacja sowiecka spowodował różne dziwolągi, posesje zostały pozabierane właścicielom. Trzeba było zorientować się, o które z nich wystąpią do sądu ich właściciele i nie zabierać ich dla samorządu. Mimo takich założeń okazały się dziwna przypadki, jak sprzedanie nowym właścicielom posesji z umieszczonym pod ziemią sejfem bankowym należącym do posesji sąsiedniej.

Następny przypadek to połączenie 2 posesji wspólnymi licznikami wody, elektryczności, ogrzewania, Niektóre z inwentaryzowanych posesji sprzedawaliśmy chętnym za pomocą przetargu.

Przejęliśmy Miasto z długami, które trzeba było spłacić. Udało się tego dokonać. Zostawiliśmy miasto bez długów, z zapasem pieniędzy w budżecie na inwestycje (30% budżetu).

Następną pilną sprawą było wykonanie Planu Zagospodarowania Przestrzennego Miasta. W tym zakresie wystąpił konflikt między moją koncepcją, a koncepcją wiceprezydenta mgr inż. Zawackiego, który był branżowcem z jakiegoś biura projektów, a więc jego wiadomości były na miarę zawodu, który wykonywał pewnie od lat. Pokłóciliśmy się parokrotnie. Łódź jest największą wioską w Polsce. Miała w tym czasie ok. 36 tysięcy ha gruntów porolnych. Moją koncepcją zagospodarowania była decentralizacja budownictwa mieszkaniowego i przemysłowego. Koncepcją wiceprezydenta była metoda plomb. W mieście słabo przewietrzanym metoda ta praktycznie nie powinna była zaistnieć. Powodowała ona zatrucie powietrza w mieście. Ponieważ miałam bardzo dużo pracy w innych dziedzinach w końcu zrezygnowałam z walki. Myślałam, że facet zmądrzeje, albo biuro, które będzie wykonywać Plan Zagospodarowania Przestrzennego zweryfikuje założenia. Niestety nic takiego się nie stało. Jak zwykle głupota mężczyzn zaowocowała tym razem zwiększoną ilością chorób ludności i ograniczeniem czasu przeżywalności Łodzian do okresu porównywalnego ze Śląskiem. Trochę sytuację poprawiło podjęcie decyzji przez Komisję Rozwoju Gospodarczego, która zarządziła przekształcenie działek gruntu rolnych na budowlane. Wystarczyło zgłoszenie takiej propozycji przez właścicieli tych działek.

Następnie ważną sprawą było ustalenie wysokości stawek miesięcznych za wynajem sklepów przy ul. Piotrkowskiej. Zaproponowaliśmy podział powierzchni sklepów na 2 strefy: handlową i magazynową. Za wynajem każdej z tych powierzchni była inna wysokość opłaty. W sumie opłaty były niskie, co spowodowało, chęć kupców lokowania się przy ul Piotrkowskie, a nas naraziło na podtykanie nam łapówki. Wszyscy chcieli wynajmować sklepy. Prezydent Palka, żeby zlikwidować proceder łapówkarski zaproponował utworzenie „Funduszu Dobrowolnych Świadczeń”. A więc każdy łapówkarz zamiast napastować nas na korytarzach urzędu, mógł zgłosić się do kasy i wpłacić dowolną określoną przez siebie sumę. Fundusz ten każdego roku był rozliczany podobnie jak budżet na potrzeby Miasta. Powstanie tego funduszu było dla prokuratury sprawą zupełnie niezrozumiałą. Posądzono zupełnie bezpodstawnie Prezydenta Palkę o łapownictwo, co było kompletną bzdurą. Jak zwykle działa głupota mężczyzn.

Konieczne były również zmiany w zarządzaniu. Dotyczyło to szczególnie prowadzenia inwestycji. Okazało się, że każde biuro urzędu usiłuje prowadzić inwestycje w mieście związane z kierunkiem pracy poszczególnych biur. Nie było wiadomo, ile jest tych inwestycji, jak są zaawansowane, w jakim terminie zostaną zakończone. Był to totalny bałagan. Postanowiłam sprawę zreformować poprzez powołanie biura inwestycji oraz narzucenie systemu ich prowadzenie tak, żeby było wiadomo, jak je planować i odpowiednio umieszczać w budżecie miasta na poszczególne lata.

Musiałam również zorganizować cały Wydział Ochrony Środowiska. Za poradą pana profesora Hereźniaka z UŁ, trafiłam do pani dr Ojrzyńskiej, która pracowała wtedy w Biurze Projektów. Poszłam do niej z jakąś sprawa, tak żeby ją przy okazji poznać i zorientować się, czy da sobie radę na stanowisku zarządzającego dużym kawałkiem miasta: Palmiarnia, Ogrody Botaniczny i Zoologiczny, parki, cały drzewostan itd. Na jej decyzję objęcia tego stanowiska czekałam tydzień, nie mówiąc jej, że biura projektowe w starym stylu PRL-u nie przetrwają i lada moment znajdzie się bez pracy. Chciałam, żeby sama zdecydowała, czy może podjąć się tej pracy. Okazało się, że świetnie dała sobie radę i przetrwała kilka kadencji Rady wykonując dla Miasta szereg spraw w zakresie ochrony środowiska.

Mieliśmy natomiast inny kłopot. Pani dyrektor Wydziału Rozwoju Gospodarczego z jakichś powodów nie potrafiła zorganizować sobie biura. Trzeba było jej pomóc.

Z prezydentem Palką byliśmy z jednego wydziału PŁ i dobrze układała się nam współpraca. Na jakimś zebraniu ŁPO wynikła sprawa laboratorium badania dioksyn w różnych artykułach, w tym w papierze i artykułach spożywczych. Dioksyny powstają w czasie spalania lignin. Jest to warstwa pod korą drzew, a więc powstają w czasie pożarów lasów, spalania traw itp. Były przypadki zatruć ludzi opakowaniami papierowymi używanymi do pakowania artykułów żywnościowych, np. mleka. Powiedziałam prezydentowi Palce, że tylko jedno laboratoriom ma do badania dioksyn odpowiedni sprzęt. Jest to laboratorium na Uniwersytecie w Krakowie na Wydziale Chemicznym. W tym czasie ludzie od strony merytorycznej byli przygotowani do tego badania w Łodzi w Instytucie Włókienniczym. Niestety nie mieli drogiego sprzętu o odpowiedniej rozdzielczości. Trzeba było wyasygnować odpowiednią sumę na jego zakup. Prezydent Palka nie znając zagadnienia stwierdził, że każde laboratorium chemiczne może oznaczać dioksyny.

Zaproponowałam zakład i powiedziałam, że jeżeli Pan Prezydent przegra, to:

  1. Zorganizuje kompostownię z odpadów w postaci gałęzi z parków oraz organicznych odpadów z rynku;
  2. Nie sprzeda kawałka Ogrodu Botanicznego z budynkiem w stanie zamkniętym wybudowanym wg poprzednich norm budowlanych wymagającego dużych nakładów finansowych do jego ukończenia. Ten budynek był przeznaczony na biura Ogrodu i salę dydaktyczną (w tym czasie biura były w starej szklarni).

Prezydent Palka zaakceptował warunki zakładu i przegrał. A więc zgodnie z umową powstała kompostownia i biuro w Ogrodzie Botanicznym. Przypieczętowaniem tego zakładu był list otwarty napisany przeze mnie do P. Prezydenta G. Palki, żeby sprawa nabrała formy oficjalnej.

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast