Ekologia sterowana

PDF pageEmail pagePrint page

W czasach wyścigu szczurów często zapomina się, że odpoczynek jest potrzebny do życia tak samo jak pieniądze. Dlatego, kiedy nadchodzą ciepłe dni (a właściwie noce), biorę plecak, namiot, aparat fotograficzny i idę. Ostatnio wzdłuż rzek wokół Łodzi.

Tego roku majówka była najdłuższym weekendem w tym stuleciu i w dodatku bardzo ciepłym. Mogłem, więc wybrać się na dłuższą wycieczkę. Pojechałem autobusem do Poddębic i poszedłem wzdłuż Neru do jego ujścia, aby wrócić wzdłuż Warty do Uniejowa.

Poddębice są bardzo ładnym i zadbanym małym miasteczkiem, ale ja chciałem wyjść jak najszybciej poza tereny zabudowane. Ale kiedy doszedłem do rzeki, okazało się, że nie są to już dzikie tereny. Prawie do samego ujścia Ner jest wąskim i prościutkim kanałem, otoczonym wysokimi wałami, na których w wielu miejscach są drogi dojazdowe do łąk. Dawne mokradła zostały zmeliorowane, pocięte rowami odwadniającymi prostopadłymi do rzeki, ściągające wody do wspólnego rowu ciągnącego się obok wału przeciwpowodziowego. Po starej dynamicznej rzece pozostało kilka młynów wodnych.

Postępu na świecie nie można powstrzymać. Dotyczy to również rolnictwa. Mokradła zamieniono na żyzne łąki. Trawa rosła soczysta, dobrze nawożona, aż ciemnozielona. Mnie jednak martwiło, co innego. Pomimo wyraźnej wysokiej wydajności łąk, odnosiłam wrażnie martwości biologicznej całego terenu. Wczesne koszenie spowodowało prawie całkowity brak kwiatów (poza wszędobylskim mniszkiem lekarskim). A, bez kwiatów latały tylko pojedyncze motyle, trzmiele, dzikie pszczoły i różne kolorowe muchy zapylające. Głos ptaków dochodził tylko z krzewów i traw rosnących na wałach. Po soczystej trawie biegało sporo saren, nawet w biały dzień. Za to zajęcy, a nawet bocianów, było jak na lekarstwo.

I co mnie najbardziej zaskoczyło, przez ponad tydzień widziałem tylko cztery niewielkie stada krów i to w pobliżu gospodarstw, w tym jedno bydła mięsnego, gdzie krowy pasły się z ssącymi cielakami i jednym buhajem. W sumie mniej, niż wspomnianych saren. Trawa musi, więc być koszona i wożona do obory, lub zakiszana w białych belach. Krowy mają nogi i kiedyś mogły same chodzić. Organizacyjnie można było to zrobić, mleko było smaczniejsze, a ciągniki nie zużywały ropy na codzienne koszenie i przywożenie do obory. Kiedy po studiach pracowałem w PGRze koło Głogowa, miałem nadzór nad dwoma oborami, jedna na 100 krów, druga na 200. I latem z obu wychodziły rano na pastwiska, aby wrócić na wieczorne dojenie. W czasie marszu dobrze mi się myśli, więc zacząłem się zastanawiać nad współczesnym rolnictwem oraz nierozerwanie związaną z nim ekologią.

Krowy wychodzące na pastwiska nie tylko dają smaczniejsze mleko, ale ich odchody użyźniają glebę. Ale nie od razu. Najpierw trzeba je rozłożyć do substancji przyswajalnej przez humus i korzenie roślin. Prace rozpoczynają owady, które mają swoich wrogów, a te swoich, i tak dalej, co nazywa się łańcuchem pokarmowym. Na łące, na końcu łańcucha pokarmowego jest bocian.

O ile krowy trzeba codziennie przyprowadzać do dojenia, o tyle opasy można trzymać całą dobę na pastwisku. Trzeba im tylko regularnie dowozić wodę i przepinać pastucha elektrycznego. Ale ich także nie widziałem.

Idąc tym tokiem, pomyślałem o innych roślinożercach, które mogłyby się spokojnie paść na takich łąkach i przynosić wymierne korzyści finansowe. Mam tu na myśli konie. Kiedy byłem mały i w podróży nudziliśmy się z siostrą, mama kazała nam liczyć białe konie. A, było ich tyle, że liczenie wszystkich szybko by nas znudziło. I były to, w co młodzi ekolodzy pewnie nie uwierzą, zwierzęta ciężko pracujące. Orka wymagała większego wysiłku do wożenia turystów do Morskiego Oka.

Pracujące w rolnictwie konie zastąpiły ciągniki, a w lasach wypierają je Harwestery. Dla pracujących koni nie ma już miejsca. Koni rekreacyjnych pod siodło i do bryczek potrzeba bardzo niewiele. My pamiętamy tradycje kawaleryjskie i mamy do nich duży sentyment, ale trzeba umieć odróżnić rumaka od chabety i zimnokrwistego opasa, tak poszukiwanego we Francji i we Włoszech. W Europie zachodniej są zwierzętami rzeźnymi, i to bardzo cenionymi. W większych ilościach, jako gatunek, mogą przeżyć tylko, jako zwierzęta rzeźne, tak jak krowy, owce i świnie. Ich chów wzbogaciłyby również nasz krajobraz i naszych rolników.

Innym argumentem podnoszonym przez kanapowych ekologów są złe warunki transportu, w jakich konie jadą na zachód. Argument, że trzeba się ich pozbyć z naszych wsi, bo mają źle zorganizowany transport jest niedorzeczny. Skupić trzeba się na warunkach transportu, bo winni są ludzie, a nie konie. Są służby, które się tym zajują. Należy je wesprzeć lub wymusić skutecznieszą kontrolę. Może nawet zainicjować zmianę przepisów skracających czas przewozu, ale nie likwidować gatunku, czy ras, które nie służąc człowiekowi przestaną isntnieć.

Za to często widzę w mediach ogłoszenia o zbieranie pieniędzy na pokaleczonego konia, aby nie trafił do rzeźni. To niestety wyłudzanie. Mam uprawnienia do badania mięsa i zapewniam, że najpierw wykonywane jest badanie przedubojowe i do rzeźni nie mogą trafić zwierzęta chore. Takie trzeba leczyć, a jeżeli źle rokują, to uśpić. Czym innym jest zbieranie środków na pomoc choremu zwierzęciu, a czym innym nieuczciwe wyciskanie łez dla zysku.

*

Kiedy zaczynałem interesować się ekologią, najważniejszą rzeczą, o której się mówiło, było ratowanie gatunków. Znikały masowo, co zaburzało równowagę ekologiczną i co dzieje się przez cały czas. Nikomu nie przychodziło do głowy świadome niszczenie jakiegoś gatunku, ponieważ jego życie było niewygodne. A gatunkiem, który kanapowi ekolodzy chcą wykreślić z listy organizmów żywych są norki, z jakiś powodów najbardziej znienawidzone zwierzęta futerkowe. Do niedawna były ginącym gatunkiem wpisanym do czerwonej księgi. Ale humanitarni, niemieccy ekolodzy weszli na teren jednej z ferm, pootwierali klatki i je wypuścili. Tylko mieli niewielką wiedzę z zoologii i wypuścili norkę amerykańską, gatunek w Europie niezwykle inwazyjny. Jest tylko trochę większa od norki europejskiej, ale różnice miedzy nimi nie są na tyle duże by żywiły się one, czym innym, czy zajmowały inne schronienia (jak np. kuna). A że była silniejsza, to rozchodząc się po Europie, zagryzła resztki rdzennych mieszkanek.

Norka europejska może przeżyć wyłącznie, jako zwierzę hodowlane. I być może odmiany o ubarwieniu naturalnym będą mogły kiedyś wrócić do środowiska naturalnego, gdyż nie doszło u nich do tak dużych zmian, jak między turem a bydłem domowym.

Kłamstwem jest też mówienie o niehumanitarnych warunkach, tym razem hodowli. Można dyskutować o warunkach życia, o wielkości klatek (niedawno przepisami zmieniono wielkość klatek dla drobiu). Ale złe warunki, rany, a nawet stres obniżają wartość skórki, co bardzo obniża zysk hodowcy. Norki nie można nawet zabić uderzeniem pałką, jak królika, gdyż taki stres powoduje natychmiastowy spadek jakości futerka z pierwszej do trzeciej klasy. Norka przed śmiercią musi być delikatnie uśpiona. Jak więc można mówić o trzymaniu zwierząt z chorymi łapami. W większym stadzie zawsze trafi się zwierzę, które zachoruje, skaleczy się albo jedno zwierzę ugryzie drugie. Nie tylko wśród ludzi trafiają się tacy, którzy się nie lubią, albo reagujący gwałtownie cholerycy. Ale właściciele leczą takie przypadki, choćby z powodów ekonomicznych. Ekolodzy mogą oczywiście walczyć o zwiększenie nadzoru nad ich stanem zdrowia przez lekarzy weterynarii np. nakazując cykliczne badania profilaktyczne stada.

*

Przeżyłem już modę na non iron, ortalion, gremplinę i inne materiały z tworzyw sztucznych, ale poza nylonowymi pończochami i rajstopami dla kobiet, zawsze wracano do materiałów naturalnych. Jednak nigdy przedtem przemysł nie zaangażował tak wielkich środków w wypieranie produktów naturalnych, jak ma to miejsce w promowaniu sztucznych futer z ropy naftowej. I to bez logicznych kosekwencji, bo kożuszek z baranka, albo ubrania i buty ze skóry wieprzowej, wołowej, a nawet króliczej są dobre, bo zwierzęta ubijamy również na mięso, a norki tylko na futra – niedobre.

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach, kiedyś kupowało się solidne, zrobione z solidnych materiałów, które nosiło się przez kilka lat. Bardzo często była to wełna i wyroby z lnu. Pamiętam, kiedy przyszła pierwsza moda na dżins. Była to spontaniczna tęsknota za kapitalizmem. Przestało nam wystarczać Radio Luksemburg. Ale była to droga tęsknota. Ówczesana średnia pensja wynosiła 20$, a najtańsze Rifle, na które dziś nikt nawet by nie spojrzał – 8 $. W klasie maturalnej ponad pół roku prosiłem ojca, żeby mi kupił. Już wówczas dobrze widziane były wytarte, ale i bez tego po pół roku robiły się w nich dziury. Jednak przy tym stosunku robocizny do ceny, było modne naszywanie na te dziury skórzanych łat. Przedłużało to ich noszenie o prawie dwa lata.

We współczesnej telewizji, od czasu do czasu można obejrzeć film o szkodliwości dla środowiska procesu przemysłowego wycierania spodni oraz kosztach energetycznych (produkcja CO2) przy rozwożeniu półproduktów po całym świecie. Podobne reportaże emitują również organizacje popierające sprawiedliwy handel (fair trade), czyli płacenie wyższych, adekwatnych do kosztów utrzymania i wartości towaru wynagrodzeń pracownikom, a przede wszystkim niezatrudnianie dzieci. Ale kupowane obecnie ubrania się dopasowuje, a nie naprawia. Są zbyt tanie.

Taką kolej rzeczy możnaby zakceptować. Ale przeciwko modzie na wycieranie teksasu, która niepotrzebnie skraca używanie ubrań, nigdy nie wystąpiła żadna grupa ekologów. Nieekologiczna i niepotrzebna produkcja zwiększa zyski wielkich korporacji przemysłowych, które przejęły cały proces technologiczny na świecie, od kupna bawełny (w wielu krajach od wywłaszczenia drobnych rolników, aby wielkie farmy mogły rozpocząć uprawę przemysłową), po dostarczenie do sieci handlowych. Gdzie zysk mają wielkie korporacje, nie ma ekologów. A przecież mniejsza produkcja bawełny zwiększałaby areał upraw roślin na pokarm w krajach gorącego klimatu, w których najbardziej brakuje żywności.

Istnieje teoria spiskowa mówiąca, że korporacje umyślnie sprawiają, aby ich produkty działały tylko w okresie reklamacji i psuły się zaraz po nim. Sam jestem uwikłany w taką sprawę, gdyż aparat fotograficzny zepsuł mi się tuż przed końcem gwarancji i firma Sony znalazła się w kropce.

*

Fala walki z ocieplaniem klimaty ostatnio przycichła, chociaż jeszcze niedawno media były pełne artykułów i reportaży na ten temat. Pamiętam, że gwałtowny atak na polskie elektrownie węglowe nastąpił, gdy przewodnictwo w Unii przejęła Francja, której 70% energii dostarczają elektrownie atomowe i jednocześnie Niemcy ogłosiły zamknięcie swoich elektrowni atomowych. Po katastrofie w Fukushimie Francja straciła rynek zbytu na swoje elektrownie atomowe. Całą akcję rozpoczęto kilka lat po wstąpieniu Polski do Unii i olbrzymim zmniejszeniu emisji CO2. Nastąpiło to w wyniku wymiany wielu osiedlowych kotłowni, poprawy pracy elektrowni zawodowych i zakładaniu na ich kominach elektrofiltrów dla pyłów i innych gazów. A przede wszystkim na skutek przestawienia cementowni z produkcji mokrej na suchą, energooszczędną, oszczędzającą przy okazji olbrzymie ilości wody. W nagonce na Polskę nie przeszkadzały dane mówiące, że Francuzi produkowali więcej gazów cieplarnianych niż Polacy, ale w wyniku spalania nieobjętej unijnymi statystykach benzyny samochodowej, a my przez przemysł.

Bardzo dużo pisało się też o energetyce odnawialnej, przede wszystkim wiatraków i fotowoltaiki, w które zainwestowali Niemcy. Miał to wypisany GreenPeace na plakatach, kiedy jego działacze weszli na komin elektrowni w Bełchatowie. Ale rozwój „zielonej energii” zatrzymało opracowanie w USA metody wydobycia gazu łupkowego i zgoda prezydenta Trumpa na jego eksport. Dopłata do jej produkcji, w nadziei przewidywanego wzrostu cen ubywających kopalin i na wypracowanie wydajniejszych metod produkcji paliw alternatywnych stała się płonna. Niemcy, największy producent energii wiatrowej, zaczęły je zamykać, aby do nich nie dopłacać. Tylko w Polsce problem zobowiązań do dalszego dopłacania przez państwo do energii wiatrowej pojawia się czasami w prasie, w kontekście grożenia przez duże, zachodnie firmy wystąpieniem do sądu o roszczenia.

Pomimo regularnie zwoływanych Konferencji Klimatycznych „zielona energia” przechodzi w ekologiczne zapomnienie, wyparta informacjami o wojnie gazowej na rurociągi. Prasa coraz rzadziej się nimi zajmuje, a jak nie ma dotacji do mediów, „to nie ma problema”.

*

Przeciwstawienie się gospodarce leśnej w Białowieskim Parku Narodowym było słuszne i skuteczne. Jeżeli decydujemy się na powołanie Parku Narodowego, to konsekwentnie traktujmy samoregulację przyrody na wybranym terenie jak jedyną. Argumentowanie tym, że kiedyś okupanci lub nasze władze cięły puszczę i dokonano niewłaściwych nasadzeń, to teraz nie może tam istnieć dzika przyroda, jest zaprzeczeniem powołania Parku Narodowego. Świeże powietrze, wsparcie mediów, integracja pomimo zagrożenia przez prokuraturę, poparcie grup z zachodniej Europy, przyniosło oczekiwany efekt. Ale to nie jedyne zagrożenie ekologiczne czasów przemian, których doświadczamy w okresie restrukturyzacji gospodarczej i politycznej naszego kraju.

Po walce o zubożenie cyrków o występujące tam zwierzęta, media całą energię kanapowych ekologów skupiły na biednych norkach, aby nie mieli czasu, ani środków, na zajęcie się prawdziwie śmierdzącymi problemami. Kiedy przez Motławę wpuszczano do morza tysiące ton ścieków, nie przyjechał żaden ekolog. Z mediów dowiadujemy się, że francuskiej firmy kanalizacyjnej nie można ukarać, bo Urząd Miasta Gdańska podpisał z nimi umowę określającą ich minimalny zysk, a kara by ich go pozbawiła. Nie interweniuje też polski rząd, którego ta umowa nie obowiązuje, a który mógłby im odebrać ten śmierdzący interes za długi i nieprzestrzeganie polskiego prawa. Przypominam, że w tego typu strategicznych miejscach obowiązuje dublowanie urządzeń, aby w razie awarii jednego systemu mógł podjąć pracę drugi. I gdzie były GreenPeace i WWF, tak zasłużone w walce o życie w morzach i oceanach. Czy wymarło pokolenie walczących bezinteresownie?

*

Jeszcze większym problemem ostatnich tygodni są palące się, co kilka dni magazyny i sortownie surowców wtórnych. Większym i trudniejszym, bo rozsianym po terenie całego kraju i mającym wielu właścicieli (na pewno media namierzyły już jedną z mafii włoskich). W dodatku nawet nie bardzo wiadomo, co zostało przywiezione do Polski z bogatych krajów Unii Europejskiej. Wspólny jest tylko problem, który pożary rozwiązują. Łatwo to sobie uświadomić, przypominając wcześniejszy o kilka wieków etap rabunkowego rozwoju łódzkiego przemysłu, ładnie przedstawiony przez Władysława Reymonta w Ziemi Obiecanej:

„- To już trzeci ogień dzisiaj.
– Fabryki?
– A tak.
– Odbijają straty na bankructwach ostatnich.
– Niech ich pioruny spalą kajdaniarzy, psiakrew, oni zarabiają, a my jak psy z wywieszonymi ozorami ze zmęczenia latamy od pożaru do pożaru.
– Co pan chcesz, to im potrzebne do zamknięcia bilansu. (…)

(…)- Zupełnie serio, jak zupełnie serio zwracam ci uwagą, że w tej chwili pali się Grosman, w nocy spalił się Goldsztand, jutro spali się na pewno Feluś Fiszban, A. Rychter, B. Fuchs i inni.”

W tym wypadku nie chodzi o kryzys, ale kończenie się właścicielom zezwoleń na dalsze gromadzenie odpadów oraz kontrole ich składu, gromadzenia, segregacji i utylizacji, w wypadku wystąpienia o dalsze zezwolenia na pracę składowiska.

Tym również nie zajęli się ekolodzy, gdyż takim problemem mogłyby zająć się wyłącznie duże i sprawne organizacje, ale bez liczenia na finansowe wsparcie przemysłu i ekologów z tych krajów, które wysłały do nas śmieci. Trudno też liczyć na wsparcie mediów, mających właścicieli w Europie zachodniej. Nie będą walczyły o nakaz Komisji Europejskiej odebrania śmieci przez własne rządy albo ich utylizację na koszt właściciela. Unia Europejska nie jest aż tak demokratyczna. I jest jeszcze możliwość narażenia się mafiom.

Na pomoc naszych władz też nie można liczyć, bo ktoś „bardzo ważny” wydawał na to zezwolenie, zarówno na szczeblu centralnym, jak i regionalnym. A kto nami będzie rządził, jak wszystko wyjdzie na jaw?

Jerzy Dauksza

 

Your Offcanvas Sidebar area is currently empty. Go and add some widgets first.

Zmień wielkość liter
Kontrast